Celowo oszpecała córkę toksyczną substancją? Monika B. chce uniewinnienia

2026-09-09 11:15

Proces Moniki B. będzie miał ciąg dalszy. Kobieta spod Łukowa, która została nieprawomocnie skazana na 15 lat pozbawienia wolności za okrutne znęcanie się nad córką, złożyła apelację. Zdaniem śledczych przez siedem lat miała oszpecać dziewczynkę, jednocześnie zbierając środki na jej leczenie.

  • Monika B. została nieprawomocnie skazana na 15 lat więzienia za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad córką.
  • Według śledczych przez siedem lat miała nakładać na twarz i kark dziecka toksyczną substancję, powodując trwałe blizny i ubytki tkanek.
  • Obrońca kobiety złożył apelację, domagając się jej uniewinnienia albo złagodzenia kary.

Jak przekazała PAP rzeczniczka prasowa Sądu Okręgowego w Siedlcach, sędzia Agnieszka Karłowicz, do tej pory wpłynęła jedna apelacja. Złożył ją obrońca oskarżonej Moniki B., który wnosi o uniewinnienie swojej klientki lub złagodzenie wymierzonej kary. Sprawą zajmie się teraz Sąd Apelacyjny w Lublinie.

W marcu tego roku siedlecki sąd uznał Monikę B. za winną fizycznego i psychicznego znęcania się nad małoletnią córką, połączonego ze szczególnym okrucieństwem, a także doprowadzenia do poważnego uszczerbku na jej zdrowiu, skutkującego trwałym zeszpeceniem. Skazano ją za to na 15 lat pozbawienia wolności. Sąd nałożył na nią również 10-letni zakaz kontaktowania się z dziewczynką oraz zakaz zbliżania się do niej na odległość mniejszą niż 50 metrów, również przez dekadę.

Dodatkowo Monika B. została zobowiązana do wypłacenia córce 100 tys. zł nawiązki oraz pokrycia kosztów sądowych. Nałożono na nią też dożywotni zakaz pracy na stanowiskach związanych z wychowaniem i edukacją dzieci. Ze względu na charakter sprawy proces toczył się za zamkniętymi drzwiami.

Do dramatycznych wydarzeń dochodziło między lutym 2017 a styczniem 2024 roku w miejscowości Sięciaszka Druga w województwie lubelskim. Według informacji przekazanych przez Prokuraturę Okręgową w Lublinie, kobieta miała systematycznie nakładać na twarz i kark dziewczynki niezidentyfikowaną toksyczną substancję, co doprowadziło do znacznego oszpecenia dziecka. Działania te powodowały bolesne zaczerwienienia, stany zapalne, rozległe blizny i nieodwracalną martwicę tkanek. W efekcie dziewczynka straciła między innymi fragment prawego ucha.

Kobieta wielokrotnie pokazywała rany dziecka lekarzom i sądowi opiekuńczemu, twierdząc, że to objawy choroby. Zdaniem prokuratury zachowanie to świadczyło o wyjątkowym okrucieństwie oskarżonej. Dodatkowo, wykorzystując rzekomą chorobę córki, organizowano zbiórki pieniężne na jej leczenie.

Śledztwo ruszyło po tym, jak lekarze ze Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie nabrali podejrzeń co do stanu zdrowia dziewczynki. Wskazywali oni, że „obraz kliniczny oraz przebieg choroby małoletniej nie odpowiadał żadnej znanej naukowo i empirycznie jednostce chorobowej”, a kształt i ewolucja zmian na skórze twarzy dziecka wskazywały, że „nie miały charakteru naturalnego”.

Eksperci z różnych dziedzin medycyny stwierdzili, że obrażenia dziewczynki powstały w wyniku urazów zadanych przez inną osobę, a nie w wyniku choroby. Argumentowali to faktem, że poważne uszkodzenia skóry pojawiały się głównie w jednym określonym miejscu na ciele. Stanowczo wykluczyli schorzenia dermatologiczne. Z kolei badania psychologiczne i neurologiczne obaliły twierdzenia Moniki B. o rzekomej niepełnosprawności intelektualnej, autyzmie czy padaczce u córki.

Czytaj też: Ryki pogrążone w żałobie. Ceniona pielęgniarka zginęła w pożarze domu

Po aresztowaniu Moniki B. i przekazaniu dziewczynki pod opiekę innych członków rodziny, zdrowie dziecka uległo radykalnej poprawie, a nowe zmiany skórne przestały się pojawiać. Prokuratura podkreśla, że dziewczynka rozwija się teraz prawidłowo pod kątem poznawczym i wróciła do tradycyjnej nauki w szkole.

Z doniesień "Super Expressu" z 2024 roku wynika, że sąsiedzi Moniki B. wypowiadali się o niej bardzo negatywnie. - Diabeł wcielony, niech się smaży w piekle - stwierdził krewny męża kobiety.

- Ona nie robi, tylko z tego dziecka żyje - powiedział jeden z mieszkańców miejscowości.

W toku śledztwa Monika B. kategorycznie odrzuciła zarzuty, tłumacząc swoje działania dbałością o higienę dziecka. Biegli psychiatrzy po przebadaniu oskarżonej orzekli, że była ona w pełni poczytalna i świadoma konsekwencji swoich czynów.

Jak poinformowała prokuratura, u Moniki B. stwierdzono „zaburzenia osobowości w postaci (…) zespołu Münchhausena z przeniesienia, które polegają na celowym wprowadzaniu przez opiekuna objawów choroby u dziecka lub innej osoby pod jej opieką, aby wzbudzić współczucie i uwagę ze strony otoczenia, a także uzyskać z tego tytułu korzyści, m.in. finansowe”.

Monika B. oblewała córeczkę kwasem? Potwór, nie matka!