Spis treści
- Makabryczny plan ukrycia szczątków w lesie. Były policjant chwycił za piłę spalinową
- Mieszkańcy obwiniali partnera Justyny. Prawda o śmiertelnych ciosach wyszła na jaw
- Zwolennicy bronili skazanej w sieci. Prawnik walczył o złagodzenie kary dla Justyny
- Ostateczna decyzja Sądu Najwyższego. Surowy wyrok za atak na sąsiada utrzymał moc
Makabryczne wydarzenia rozegrały się w kwietniu 2019 roku w miejscowości Wierzchowiska w okolicach Janowa Lubelskiego. Podczas suto zakrapianego alkoholem spotkania w domu 36-letniego Daniela S., gospodarz wyjawił swoim gościom mroczny sekret sprzed trzech lat. Mężczyzna przyznał się do porwania i uśmiercenia zaginionego psa 33-letniej Justyny K., z którym była ona silnie związana. Zwierzę miało zostać obdarte ze skóry i przerobione na smalec, który sprawca planował spieniężyć na lokalnym targu jako rzekomy łój z borsuka. Słysząc to wyznanie, kobieta wpadła w ogromny szał. Błyskawicznie chwyciła za ostre narzędzie i rzuciła się na sąsiada, zadając mu serię ciosów w okolice głowy oraz szyi. Zaatakowany gospodarz zginął na miejscu.
Makabryczny plan ukrycia szczątków w lesie. Były policjant chwycił za piłę spalinową
Zaraz po dramatycznych wydarzeniach w domu sprawczyni wspólnie ze swoim o 22 lata starszym partnerem, Krzysztofem Ł., podjęli próbę zatarcia śladów. Zwłoki zostały załadowane na przyczepę i wywiezione ciągnikiem rolniczym w leśne ostępy, gdzie początkowo zamierzano zrzucić je na dno głębokiej studni. Kiedy ten plan zawiódł, para postanowiła podzielić ciało przy użyciu zabranej ze sobą siekiery oraz piły spalinowej. Mimo że Krzysztof Ł. służył w przeszłości w szeregach policji, to potworne zadanie całkowicie go przerosło i zdołał on jedynie odciąć stopy zmarłemu. Przerażeni sprawcy porzucili ostatecznie zmasakrowane szczątki na obrzeżach lasu, gdzie pod koniec kwietnia 2019 roku natrafił na nie przypadkowy mieszkaniec wsi, który natychmiast zaalarmował organy ścigania.
Śledczy błyskawicznie przystąpili do rozwikłania zagadki tajemniczej śmierci w Wierzchowiskach. Dziennikarze „Super Expressu” ustalili wówczas, że główna podejrzana i jej wybranek zamieszkiwali razem od niespełna trzech lat we wspólnie kupionym domu. Miejscowi nazywali 33-latkę artystką ze względu na jej nieszablonowy styl ubierania się oraz częste metamorfozy wizerunku. Z kolei jej o dwie dekady starszy konkubent zostawił dla niej żonę i za wszelką cenę próbował odmłodzić się obcisłymi strojami. Według relacji znajomych pary, były funkcjonariusz bywał niezwykle zazdrosny o swoją partnerkę, a po spożyciu wysokoprocentowych trunków często nie potrafił kontrolować wybuchów złości.
Mieszkańcy obwiniali partnera Justyny. Prawda o śmiertelnych ciosach wyszła na jaw
Tuż po odnalezieniu porzuconych szczątków, lokalna społeczność była przekonana, że za zbrodnię odpowiada porywczy 55-latek, a powodem eskalacji miała być chorobliwa zazdrość. Funkcjonariusze szybko jednak zweryfikowali te plotki, dowodząc bez cienia wątpliwości, że to właśnie właścicielka uśmierconego czworonoga osobiście wymierzyła sąsiadowi sprawiedliwość, mszcząc się za zabicie jej pupila.
Jak przekazywał wówczas mediom Artur Szykuła, pełniący funkcję rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Zamościu, wytypowanie i zatrzymanie obojga sprawców nastąpiło w błyskawicznym tempie po ujawnieniu zwłok dzięki intensywnej pracy funkcjonariuszy. Skuteczne działania śledczych doprowadziły do postawienia parze zarzutów pozbawienia życia Daniela S. oraz zbezczeszczenia jego ciała. Oboje podejrzani natychmiast trafili za kratki w ramach aresztu tymczasowego.
Trwające ponad rok postępowanie przygotowawcze ostatecznie wykazało, że oskarżeni prowadzili wyjątkowo rozrywkowy tryb życia, w którym nie brakowało alkoholu. Zdaniem prokuratury rola byłego mundurowego ograniczyła się wyłącznie do bezczeszczenia zwłok i prób ich ukrycia, podczas gdy bezpośrednią egzekutorką była tylko 33-latka. Na sali sądowej kobieta zaprezentowała się w zupełnie nowym, stonowanym wydaniu jako blondynka ubarana w jasne kolory, systematycznie płacząc i błagając o drugą szansę. Jej obrońca argumentował, że kobiety z natury rzadko dopuszczają się bezpośredniej przemocy fizycznej, chętniej sięgając po inne metody, a głównym winowajcą rzekomo miał być potraktowany nazbyt łagodnie Krzysztof Ł.
Orzeczenie pierwszej instancji zapadło w 2021 roku przed Sądem Okręgowym w Zamościu. Justyna K. usłyszała wyrok dwudziestu pięciu lat za kratami za pozbawienie życia, profanację zwłok oraz udział w pobiciu, podczas gdy jej starszy partner miał spędzić w odosobnieniu cztery lata. Od decyzji odwołały się obie strony procesu. Pełnomocnik oskarżonej stanowczo domagał się złagodzenia kary, powołując się na silny afekt, irracjonalne myślenie oraz ogromną miłość swojej klientki do straconego bezpowrotnie zwierzaka.
Zwolennicy bronili skazanej w sieci. Prawnik walczył o złagodzenie kary dla Justyny
W kolejnym roku sprawą zajął się sąd apelacyjny w Lublinie, który uznał oskarżoną za osobę o dominującym charakterze i ponadprzeciętnej inteligencji, doskonale rozumiejącą konsekwencje swoich czynów. Mimo to sędzia zdecydowała się na korektę pierwotnego wyroku, obniżając karę do szesnastu lat pozbawienia wolności i uniewinniając 33-latkę z zarzutu profanacji szczątków. Chociaż prokuratura stanowczo domagała się dożywocia, wymiar sprawiedliwości uznał całkowitą izolację młodej i dotąd niekaranej osoby za zbyt surową, ustalając możliwość ubiegania się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po upływie dwunastu lat za kratami.
Złagodzenie wyroku nie ucięło jednak publicznej debaty, a w mediach społecznościowych błyskawicznie uformowała się grupa obrońców skazanej. Internauci często wykazywali zrozumienie dla jej motywów, otwarcie przyznając, że w obliczu śmierci własnego czworonoga mogliby zareagować równie impulsywnie. Nie zważając na te głosy, obrońca 33-latki postanowił iść krok dalej i, jak podawała Polska Agencja Prasowa, wniósł kasację do Sądu Najwyższego, kwestionując błędną ocenę materiału dowodowego.
"- Moja klientka działała pod wpływem niezmiernie silnych emocji, nad którymi nie mogła zapanować – mówił Cezary Lipka, mecenas Justyny K."
Powołani do sprawy biegli specjaliści zwrócili szczególną uwagę na wyraźną cechę charakteru oskarżonej, jaką była bezkompromisowa gotowość do obrony najbliższych jej sercu wartości.
"- A ten psiak był jej bardzo bliski – tłumaczył obrońca."
Adwokat reprezentujący sprawczynię sugerował również, że prokuratura nie dostarczyła niezbitych dowodów na samo popełnienie zbrodni, a ewentualna wina powinna być rozpatrywana w kategoriach czynu dokonanego w afekcie, zagrożonego karą maksymalnie do dziesięciu lat więzienia. Przedstawiciele oskarżenia kontrowali te doniesienia, przypominając, że organ kasacyjny bada wyłącznie kwestie prawne, a wyznaczony wcześniej wymiar szesnastu lat izolacji jest w pełni adekwatny do zaistniałych okoliczności.
Ostateczna decyzja Sądu Najwyższego. Surowy wyrok za atak na sąsiada utrzymał moc
Sąd Najwyższy nie przychylił się do argumentacji obrony i całkowicie poparł stanowisko prokuratury, stanowczo zaznaczając, że fatalne zachowanie sąsiada wobec zwierzęcia nie daje nikomu prawa do zemsty. W marcu 2024 roku ostatecznie oddalono wniosek kasacyjny, argumentując to faktem, iż kobieta po całym zdarzeniu działała w sposób wysoce zorganizowany i metodyczny. Ukrywanie szczątków oraz wciągnięcie w całą sprawę własnych rodziców jednoznacznie wykluczyły możliwość popełnienia przestępstwa w stanie silnego wzburzenia wyłączającego racjonalne myślenie.
Tym samym ostatecznie przypieczętowano los 33-latki z Wierzchowisk. Utrzymanie w mocy wcześniejszego wyroku oznacza, że Justyna K. spędzi w zakładzie karnym prawomocnie orzeczone szesnaście lat.