- Dariusz L. oddał dwa strzały z dystansu 167 metrów do zbliżającego się Andrzeja L. Podejrzany twierdził, że celował do zwierzyny, jednak śledczy zarzucają mu zabójstwo w zamiarze ewentualnym.
- Za kaucją w wysokości 100 tysięcy złotych 50-latek wyszedł na wolność, ma zakaz wyjazdu z kraju oraz policyjny dozór.
Niezwykle trudno pojąć tę tragedię. Pochodzący z okolic Łęcznej 68-letni Andrzej L. słynął z przestrzegania wszelkich reguł bezpieczeństwa na polowaniach. Feralnego 11 listopada 2025 roku pojechał polować w rejonie Milejowa z 50-letnim Dariuszem L. Wybór towarzysza okazał się tragiczny w skutkach. Po wielu godzinach wyczekiwania, zatelefonował do kompana ze swojej ambony z informacją: „Nic się nie dzieje, schodzę i idę do ciebie". Do pokonania miał zaledwie 200 metrów, ale nigdy tam nie dotarł, bo Dariusz L. oddał w jego kierunku dwa strzały!
Mieszkańcy Milejowa, leżącego nad Wieprzem w powiecie łęczyńskim, ciągle żyją tą sprawą. Miejscowi współczują obu myśliwym o zbieżnym nazwisku (choć panowie nie byli spokrewnieni), jednak największy żal budzi śmierć starszego z nich.
Zmarły był powszechnie szanowany, z sukcesami zarządzał gospodarstwem warzywnym i specjalizował się w uprawie papryki. Jego wiedza w tej dziedzinie była imponująca, a plony dorównywały jakością tym z Węgier. Uchodził za jednego z pierwszych ekspertów od uprawy tej rośliny w kraju. Wyróżniał się także jako świetny myśliwy. „Zawsze powtarzał, że ryzyko mu niepotrzebne" – wspominają znajomi.
– Po około czterech godzinach bezskutecznego polowania, które w istocie sprowadziło się do oczekiwania na zwierzynę, oraz wobec złych warunków atmosferycznych, bowiem zapadał zmierzch i zaczynał padać deszcz, postanowili oni zrezygnować z dalszego polowania – relacjonowała kilka dni po tragedii prokurator Jolanta Dębiec z Prokuratury Okręgowej w Lublinie.
Feralnego 11 listopada 2025 roku mężczyźni wyruszyli na łowy wczesnym popołudniem. Miejsce znajdowało się niedaleko, na przeciwko cmentarza w Milejowie, gdzie droga prowadzi w dół w stronę rozległych łąk i pól kukurydzy, mijając po drodze domy i stadninę koni. Zasiadki zaplanowano w odległości 200 metrów od siebie. Po zajęciu miejsc na ambonach zaczęło zmierzchać, a z nieba zaczął padać deszcz. Dzików, na które wyczekiwali, w ogóle nie było.
„Idę do ciebie" – usłyszał przed zejściem ze stanowiska 50-latek od swojego starszego kolegi. Pojazd, którym obaj dotarli na miejsce, był zaparkowany właśnie przy ambonie Dariusza L.
„W trakcie, kiedy pokrzywdzony szedł w kierunku ambony Dariusza L., ten strzelił ze swojej broni myśliwskiej dwukrotnie, godząc pokrzywdzonego w klatkę piersiową i w ramię. Strzały padły z odległości 167 metrów" – dodaje prokurator Dębiec.
Myśliwy zdał sobie sprawę, że coś poszło bardzo źle dopiero w momencie, gdy dostrzegł promień latarki poszkodowanego, który bezwładnie oświetlał niebo. 50-latek natychmiast wezwał służby. Mimo błyskawicznej interwencji lekarzy, 68-letniego Andrzeja L. nie udało się uratować i zmarł w szpitalu.
Szokuje fakt, że strzelec używał sprzętu z celownikiem termowizyjnym i nie rozpoznał ludzkiej sylwetki. Dodatkowo kule trafiły w klatkę piersiową, a więc znacznie wyżej, niż zazwyczaj strzela się do dzika. Na domiar złego oskarżony celował z wysokiej ambony.
„Mężczyzna tłumaczył, że pojawiły się dziki i był przeświadczony, że strzela do nich" – zaznaczała prokurator Dębiec.
– Prokurator rejonowy w Lublinie przedstawił mu zarzut, że w toku polowania indywidualnego, przewidując, że w istniejących warunkach oddawania strzału obrany przez niego cel może być człowiekiem i godząc się na to bez dokładnego osobistego rozpoznania zwierzyny, w zamiarze ewentualnym pozbawienia życia człowieka, przy wykorzystaniu lunety termowizyjnej, oddał strzał z posiadanej przez siebie broni myśliwskiej, w wyniku czego spowodował u niego obrażenia ciała w postaci rany postrzałowej klatki piersiowej i prawego przedramienia, które skutkowały zgonem pokrzywdzonego – opisywała prokurator Dębiec. - Godził się na to, że spowoduje skutek w postaci śmierci człowieka.
Śledczy prowadzący sprawę są całkowicie pewni, że nie był to zwykły nieszczęśliwy wypadek, lecz ewidentne zabójstwo. Myśliwemu grozi dożywocie.
Po opisywanym dramacie, Polski Związek Łowiecki wydał specjalne oświadczenie. W komunikacie zaznaczono: „Bezpieczeństwo jest dla nas absolutnym priorytetem, a Polski Związek Łowiecki jednoznacznie potępia wszelkie działania naruszające zasady bezpieczeństwa. Każdy myśliwy zobowiązany jest do ich przestrzegania. Rzecznik Dyscyplinarny zbada, czy w tym przypadku zasady te zostały zachowane. Każdy wypadek z bronią stanowi dla całego środowiska myśliwskiego bolesną lekcję i refleksję nad odpowiedzialnością, jaka wiąże się z naszą działalnością".
W dniu 30 września prokuratura przesłała do Sądu Okręgowego w Lublinie akt oskarżenia o zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Zatrzymany 50-latek początkowo przebywał w areszcie, jednak w lutym bieżącego roku wyszedł na wolność po wpłacie 100 tysięcy złotych poręczenia majątkowego. Decyzją sądu musi regularnie meldować się na policji, a także ma bezwzględny zakaz opuszczania kraju, kontaktowania się z bliskimi ofiary oraz członkami koła łowieckiego. Taka pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości podyktowana jest wątpliwościami sądu co do przyjętej kwalifikacji prawnej – sędziowie biorą pod uwagę nieumyślne spowodowanie śmierci. Data pierwszej rozprawy pozostaje nieznana.