Zabił ojca i brata siekierą, a potem uciekł. Strażnicy więzienni spali, zamiast pilnować mordercy

33-letni Bartłomiej B. dokonał brutalnego morderstwa, pozbawiając życia własnego brata oraz ojca za pomocą siekiery. Mężczyzna szybko wpadł w ręce organów ścigania, a podczas przesłuchania złożył wstrząsające zeznania. Konsekwencje prawne poniosą jednak nie tylko sprawca tragedii, ale również funkcjonariusze służby więziennej, którzy w trakcie pełnienia obowiązków zasnęli, umożliwiając niebezpiecznemu przestępcy brawurową ucieczkę ze szpitala psychiatrycznego.

Funkcjonariusze policji z Biłgoraja trzeciego dnia lipca 2024 roku odebrali dramatyczne zgłoszenie dotyczące koszmarnego znaleziska w jednym z domów jednorodzinnych na terenie wsi Zagumnie w województwie lubelskim. W budynku natrafiono na 65-letniego Stanisława B., który posiadał krytyczne obrażenia głowy i silnie krwawił, tracąc przytomność. Senior wciąż żył, jednak jego stan zdrowia wymagał natychmiastowej interwencji medycznej. Po przybyciu służb ratunkowych na posesję wyszło na jaw, że w innym pokoju przebywa kolejna ofiara krwawego zajścia. Był to 45-letni syn właściciela domu, Wojciech B., którego rany głowy okazały się znacznie rozleglejsze i doprowadziły do zgonu na miejscu zdarzenia. Śledczy błyskawicznie skierowali swoje podejrzenia na drugiego potomka 65-latka, 33-letniego Bartłomieja B.

Sonda
Jak oceniasz polską policję?

Bartłomiej B. ucieka po morderstwie. Zabójca z Zagumnia wymknął się strażnikom

Zgromadzone przez śledczych dowody jednoznacznie potwierdziły, że 33-letni sprawca wykorzystał siekierę do zaatakowania swoich krewnych. Swojego starszego brata uderzył tym narzędziem minimum trzy razy prosto w czaszkę, co doprowadziło do śmiertelnych uszkodzeń układu nerwowego. Napastnik nie oszczędził również własnego ojca, wymierzając mu dwa ciosy, które wywołały rany zagrażające życiu. Stanisław B. trafił pod opiekę lekarzy ze skomplikowanymi złamaniami kości czaszki i spędził w placówce medycznej kilka dni. Medycy przegrali jednak walkę o jego życie i ostatecznie starszy mężczyzna zmarł wskutek odniesionych obrażeń.

Mundurowi nie musieli angażować wielkich sił w poszukiwania sprawcy, gdyż 33-latek postanowił samodzielnie zatelefonować na numer alarmowy i przekazać swoje koordynaty. Do kontaktu ze służbami użył smartfona należącego do zabitego brata Wojciecha, którego przywłaszczył sobie tuż po masakrze. Dziennikarze „Super Expressu” donosili, że w momencie zatrzymania sprawca przesiadywał w przydrożnym rowie, spokojnie pijąc piwo zakupione na pobliskiej stacji paliw, a badanie alkomatem wykazało u niego imponujące 2,5 promila alkoholu w organizmie. Mężczyzna bez mrugnięcia okiem przyznał się do winy, argumentując, że brat zasłużył na swój los. „- A ojca trochę mi żal” - wyznał morderca podczas składania zeznań przed prokuratorem. Jako główny motyw swoich działań podał nieokreślony bliżej konflikt rodzinny. Początkowe oskarżenia o morderstwo i usiłowanie morderstwa zostały szybko zmodyfikowane na podwójne zabójstwo po śmierci 65-letniego ojca w szpitalu. Prokuratura Okręgowa w Zamościu, która przejęła to głośne śledztwo, zawnioskowała o tymczasowy areszt, a podejrzanemu groziła kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Brutalne morderstwo wywołało ogromny szok wśród okolicznych mieszkańców, którzy nie mogli uwierzyć w to, co się stało. W wywiadach przeprowadzanych przez przedstawicieli mediów sąsiedzi jednoznacznie opisywali tę familię jako uczynną i całkowicie bezproblemową. „- Cudowni ludzie, nikt nigdy nie miał do nich najmniejszych uwag” - opowiadali rozmówcy zapytani przez reporterów. Rodzina, która mieszkała w piętrowym budynku zlokalizowanym w samym sercu Zagumnia, odkryła nieprzytomnego 65-latka kilka minut po piątej rano. Stanisław B. znajdował się na kuchennej podłodze, a jego ułożenie początkowo sugerowało nieszczęśliwy upadek. Jedna z nieoficjalnych wersji wydarzeń zakładała, że celem agresora był wyłącznie starszy brat, a ojciec stał się przypadkową ofiarą, gdy próbował powstrzymać tragedię, jednak nigdy tego nie potwierdzono.

Aresztowany 33-latek zarabiał na chleb jako piekarz, dzieląc tę samą ścieżkę zawodową ze swoim zmarłym bratem. To właśnie Wojciech cieszył się opinią wzorowego i niezwykle rzetelnego pracownika, który stale gromadził pochwały od szefostwa i kolegów z zakładu pracy. Podejście do Bartłomieja B. było zdecydowanie bardziej sceptyczne, a jego profile w portalach społecznościowych obfitowały w niepokojące fotografie o mrocznym charakterze. Mimo tych sygnałów nikt z otoczenia nie przypuszczał, że mężczyzna nosi w sobie tak krwawe zamiary. Po ujęciu przez policję podejrzany trafił za kraty zakładu karnego w Zamościu. Wkrótce potem podjął próbę samobójczą, co skłoniło organy ścigania do przeniesienia go do zamkniętego szpitala psychiatrycznego w Radecznicy, gdzie miał przejść kompleksowe testy psychologiczne i psychiatryczne.

Trzy miesiące od momentu ujęcia sprawcy, rankiem 7 października 2024 roku, doszło do kompromitującej sytuacji, gdy Bartłomiej B. po prostu zbiegł z terenu szpitala. Na posłaniu w sali chorych odnaleziono jedynie porzucone kajdanki zespolone, które dotychczas krępowały mu jednocześnie nadgarstki i kostki przy użyciu wytrzymałego łańcucha. Zagadka dotycząca sposobu sforsowania tych zabezpieczeń długo intrygowała śledczych. Rozpoczęto błyskawiczną i zakrojoną na szeroką skalę operację poszukiwawczą, a opinia publiczna zaczęła głośno krytykować system ochrony niebezpiecznych więźniów i kompetencje odpowiednich służb.

Obława na Bartłomieja B. Poszukiwania mordercy z Zagumnia trwały 10 dni

Wytężone działania operacyjne mające na celu odnalezienie zbiega przeciągnęły się do dziesięciu dni, a fotografie 33-latka trafiły na czołówki najważniejszych serwisów informacyjnych w kraju. Zgodnie z ustaleniami dziennikarzy „Kroniki Tygodnia”, morderca przemieścił się z Radecznicy w powiecie zamojskim aż do podkarpackiej miejscowości Żarnowa w powiecie strzyżowskim, pokonując tym samym imponujący dystans stu pięćdziesięciu kilometrów. Uciekinier skrzętnie unikał asfaltowych szos, wybierając mało uczęszczane bezdroża w obawie przed zdemaskowaniem. Śledczy podejrzewają, że fragment drogi w kierunku Rzeszowa musiał przebyć przy pomocy jakiegoś środka lokomocji. Przez cały okres przebywania na wolności skutecznie trzymał się z dala od skupisk ludzkich. „- Nikogo po drodze nie napadł, nie zastraszał, niczego nie wymuszał” - oświadczył nadkomisarz Andrzej Fijołek, piastujący stanowisko rzecznika prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie, uspokajając nastroje społeczne.

Wieczorem 16 października 2024 roku doszło do ostatecznego ujęcia zbiega, który w momencie interwencji służb nie krył ogromnego zdumienia. Został namierzony na terenie zrujnowanego budynku w sąsiedztwie Żarnowej, gdzie najprawdopodobniej opracowywał strategię dalszej wędrówki. Kryminalni dowiedzieli się, że jego głównym celem było przekroczenie polskiej granicy, by następnie przez terytorium Słowacji przedostać się aż na Półwysep Apeniński. Posiadał jedynie papierową mapę kraju. Choć przez długi czas maszerował bez właściwego ekwipunku, pozbawiony stałego dostępu do jedzenia i wody, mając na sobie wyłącznie sportowe spodnie oraz bluzę, jego kondycja fizyczna nie budziła żadnych zastrzeżeń. „- Miał zarost i trochę schudł, ale wyglądał wręcz bardzo dobrze. Rozmawiał z nami normalnie. Był zmęczony, ale nie wycieńczony, nie miał żadnych obrażeń” - tłumaczył nadkomisarz Fijołek w dialogu z dziennikarzami „Kroniki Tygodnia”. „- Lekarz potwierdził, że stan mężczyzny jest dobry. Po przewiezieniu do komendy w Rzeszowie był przebadany. Nie było przeciwwskazań do tego, by zatrzymany przebywał w zakładzie karnym” - uściślał oficer prasowy. Obywatele odegrali kluczową rolę w ujęciu uciekiniera, regularnie zasypując policję wskazówkami na temat jego ewentualnej lokalizacji. Niezwykła ostrożność Bartłomieja B. nie uchroniła go przed bystrym okiem mieszkańców, którzy bazując na opublikowanym rysopisie, pomagali w zawężaniu obszaru poszukiwań. Mimo że część tropów okazała się mylna, funkcjonariusze doceniają zaangażowanie społeczności, które ostatecznie przyniosło zamierzony efekt.

Przełomem w prowadzonych działaniach pościgowych okazał się meldunek dotyczący zniknięcia pojazdu osobowego w rejonie województwa podkarpackiego. Mundurowi analizujący nagrania z kamer bezpieczeństwa w celu zlokalizowania skradzionego wozu dostrzegli sylwetkę do złudzenia przypominającą poszukiwanego mordercę. Błyskawiczna dyslokacja oddziałów operacyjnych w ten konkretny sektor zaowocowała szybkim obezwładnieniem 33-latka. „- Drogą dedukcji, różnego rodzaju sygnałów, jego miejsce pobytu zostało ustalone” - podsumowywał nadkomisarz Fijołek, chwaląc profesjonalizm śledczych.

Skomplikowana obława wymagała współpracy funkcjonariuszy z Biłgoraja i Zamościa, których wspierali przedstawiciele Oddziału Prewencji Policji w Lublinie i mundurowi z innych okręgów. Pomocną dłoń wyciągnęli również specjaliści z Zespołu Poszukiwań KGP, pracownicy straży więziennej oraz strażnicy graniczni. Potężne siły liczące przeszło trzystu ludzi wspomagano za pomocą helikoptera policyjnego, nowoczesnych bezzałogowców oraz wyszkolonych psów tropiących. Zaszczyt zatrzymania groźnego uciekiniera przypadł lubelskim „łowcom głów”, na co dzień służącym w Wydziale Poszukiwań i Identyfikacji Osób Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie, którzy doskonale współpracowali ze swoimi rzeszowskimi partnerami.

Powrót za kratki oznaczał dla Bartłomieja B. dodatkowe problemy prawne, gdyż śledczy natychmiast uzupełnili listę jego zarzutów o przestępstwo samouwolnienia i zorganizowania ucieczki. „- Zasadniczo przyznał się do popełnienia tych czynów, ale wyjaśnienia złożył w bardzo ograniczonym zakresie” - zakomunikował prokurator Rafał Kawalec, reprezentujący Prokuraturę Okręgową w Zamościu.

Afera w Służbie Więziennej po ucieczce Bartłomieja B. Kary dla dyrektorów

W trakcie dogłębnego sprawdzania okoliczności ucieczki wyszło na jaw, że wydostanie się ze specjalistycznego szpitala psychiatrycznego nie byłoby możliwe bez rażących błędów ze strony załogi służby więziennej. Skrupulatne zapoznanie się z materiałem wideo oraz zebraną dokumentacją obnażyło brak profesjonalizmu funkcjonariuszy. Jak oficjalnie przekazała prokuratura, w kulminacyjnym momencie 33-latek został pozbawiony jakiegokolwiek dozoru, co dało mu przestrzeń na rozkucie metalowych zabezpieczeń przy użyciu przypadkowych rzeczy leżących w pobliżu. Twórcy programu „Reporterzy” dotarli do informacji, według których przestępca spacerował po korytarzach bez żadnych ograniczeń. Następnie zamknął się w sanitariatach, użył mokrego ręcznika oraz sztywnego elementu do odkształcenia okiennych krat, a na koniec zsunął się po zewnętrznej rynnie. Ta sztuczka pozwoliła mu na dobre opuścić mury medycznej placówki i kontynuować wędrówkę w nieznane.

Lista zarzutów kierowana pod adresem strażników okazała się wyjątkowo obszerna. Przedstawiciele prokuratury oskarżyli dwóch funkcjonariuszy o drastyczne niedopełnienie obowiązków wynikających z pełnionej służby. Mężczyźni ci mieli całkowicie porzucić kontrolę nad Bartłomiejem B., ignorując zasady bezpieczeństwa, a ponadto używali prywatnych smartfonów do celów rozrywkowych zamiast skupić się na konwojowaniu, umożliwili więźniowi interakcje z postronnymi ludźmi oraz zlekceważyli konieczność przeszukania prewencyjnego. Co gorsza, materiał dowodowy wskazuje, że obaj strażnicy oddali się w objęcia Morfeusza w trakcie pracy, otwierając mordercy drogę na wolność. Kolejni dwaj mundurowi również stanęli przed obliczem prawa z identycznymi zarzutami. Ta dwójka, przejmując wartę po swoich śpiących kolegach, nie zweryfikowała fizycznej obecności więźnia w zabezpieczonym pokoju, co drastycznie opóźniło pościg za uciekinierem. Ich niewiedza o pustym łóżku sprawiła, że dowództwo więzienia i szefostwo policji nie zostało poinformowane w porę o kryzysowej sytuacji. Ten karygodny błąd spowodował stratę aż trzydziestu kluczowych minut przed wystartowaniem operacji poszukiwawczej.

Czwórka ukaranych funkcjonariuszy musiała natychmiast pożegnać się z czynną służbą na czas trwania śledztwa. Zgromadzone materiały pokazują, że nie wszyscy oskarżeni zgodzili się na współpracę i złożenie wyczerpujących zeznań, a część z nich absolutnie nie poczuwa się do wzięcia odpowiedzialności za skandaliczny incydent.

„- Służba Więzienna prowadzi także postępowanie dyscyplinarne wobec dziewięciu innych funkcjonariuszy” - oświadczyła wówczas Arleta Pęconek, występująca w roli rzeczniczki prasowej dyrektora generalnego formacji. Kobieta konsekwentnie odmawiała podania bardziej szczegółowych informacji o planowanych sankcjach.

Główne kierownictwo Służby Więziennej zainicjowało rygorystyczny proces weryfikacyjny wymierzony w niekompetentnych pracowników. Równolegle do działań dyscyplinarnych, szef zamojskiej jednostki zgłosił sprawę prokuratorom. Dziesiątego października 2024 roku szef resortu sprawiedliwości, reagując na apel Dyrektora Generalnego SW, oficjalnie zdymisjonował pułkownika Piotra Buraka z funkcji szefa okręgowego w Lublinie. Fundamentalnym powodem tej personalnej roszady była bezprecedensowa wpadka podległych mu ludzi. Poważne konsekwencje nie ominęły również Dariusza Bochyńskiego, dyrektora zamojskiego więzienia, który musiał bezpowrotnie pożegnać się z zajmowanym gabinetem.

Wyrok w sprawie Bartłomieja B. Morderca z Zagumnia dostał 30 lat więzienia

Osadzony Bartłomiej B. w ostatnich dniach października 2024 roku został przetransportowany do zamkniętego ośrodka penitencjarnego w Radomiu, aby tam cierpliwie poczekać na wokandę. W tym samym czasie prokuratorscy śledczy dogłębnie weryfikowali, czy podczas swojej gigantycznej ucieczki sprawca nie dopuścił się innych zbrodni zagrażających obywatelom. „- Poza zabraniem auta raczej za wiele ich nie popełnił. Szukał pożywienia i schronienia, więc być może uszkodził jakieś drzwi, żeby móc się dostać się do środka. Wybierał pustostany lub opuszczone domy” - wyjaśniał nadkomisarz Fijołek.

We wrześniu 2025 roku lubelski Sąd Apelacyjny zamknął ostatecznie ten głośny proces, skazując Bartłomieja B. na surowe 30 lat za kratami za bestialskie pozbawienie życia brata i ojca, jak również za nielegalne opuszczenie szpitalnych murów. Prawomocny werdykt był potwierdzeniem wcześniejszej decyzji podjętej w pierwszej instancji, co oznaczało kategoryczne odrzucenie prokuratorskich żądań o wymierzenie kary absolutnego dożywocia.

Sąd Rejonowy w Zamościu zajął się również winą dwójki więziennych strażników, uznając ich za winnych tragicznego w skutkach zlekceważenia swoich obowiązków służbowych. Obaj mundurowi postanowili nie walczyć w sądzie i dobrowolnie poddali się zaproponowanym restrykcjom. Nagrania ze szpitalnego monitoringu z brutalną szczerością udowodniły, że w godzinach nocnych mężczyźni twardo spali i zaniechali jakiejkolwiek kontroli przebywającego obok mordercy. To potworne zaniedbanie pozwoliło Bartłomiejowi B. na ciche oswobodzenie się z kajdanek, wypchnięcie łazienkowego okna i zniknięcie w mroku. Wartownicy odkryli brak więźnia dopiero w świetle poranka, gdy przyszło im zdawać raport kolejnej ekipie. Wymierzono im karę jednego roku pozbawienia wolności, która została zawieszona na trzyletni okres próbny, dołożono dotkliwą grzywnę oraz czteroletni zakaz pracy w strukturach mundurowych. Sprawa pozostałych dwóch funkcjonariuszy, którzy zgłosili się na poranną służbę i nie zauważyli braku pacjenta w łóżku, zakończyła się wnioskiem o warunkowe umorzenie prowadzonego śledztwa.

Pokój Zbrodni - były policjant zabił tynkarza