Szpital polowy w trudnych warunkach. Ratownicy z Lubelszczyzny ćwiczyli pomoc ofiarom ataku chemicznego

Skażony teren, około kilkadziesiąt osób poszkodowanych i prowizoryczny szpital zorganizowany w miejscu, które na co dzień nie służy do udzielania pomocy medycznej.

Ratownicy, lekarze, żołnierze i przedstawiciele innych służb wzięli udział w ćwiczeniach przygotowujących do działania w sytuacjach kryzysowych. Scenariusz zakładał użycie bojowego środka trującego i konieczność udzielenia pomocy dużej liczbie rannych.

Zamiast szpitalnego oddziału ratunkowego – surowa, industrialna przestrzeń. Zamiast standardowego wyposażenia placówki medycznej – punkt stabilizacji poszkodowanych, który uczestnicy ćwiczeń musieli zorganizować od podstaw. W takich warunkach sprawdzano umiejętności medyków i ich gotowość do działania w sytuacji masowego zagrożenia.

– Chcemy być po prostu przygotowani na każdą ewentualność. Założeniem tego punktu jest to, że zbudowaliśmy go z możliwością dekontaminacji poszkodowanych, jednocześnie przerywając proces umierania, bo ci poszkodowani, oprócz tego, że są zatruci gazem bojowym, mają jeszcze różnego rodzaju obrażenia i choroby – wyjaśnia Piotr Jewsiejczyk, ratownik medyczny i instruktor z Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Lublinie.

W ramach symulacji przez prowizoryczny szpital miało przejść około 200 poszkodowanych. Każdy z nich wymagał oceny stanu zdrowia, a następnie odpowiedniego postępowania medycznego. Ważnym elementem ćwiczeń był triaż, czyli segregacja medyczna, pozwalająca określić priorytet udzielania pomocy poszczególnym pacjentom.

Zanim jednak poszkodowani trafiali pod opiekę medyków, musieli przejść dekontaminację, czyli procedurę usuwania potencjalnie niebezpiecznych substancji. Miało to zapobiec przeniesieniu skażenia na personel i pozostałych pacjentów.

Szpital w miejscu, które nie jest szpitalem

Jednym z największych wyzwań było samo przygotowanie punktu medycznego. Organizatorzy celowo wybrali teren, który nie zapewniał warunków znanych z codziennej pracy ratowników.

– Główną różnicą jest to, że nie pracujemy na pojazdach dedykowanych, nie pracujemy w ramach SOR-u, tylko najpierw zbudowaliśmy swój własny SOR w infrastrukturze do tego nieprzeznaczonej – tłumaczy Antoni Bella z firmy Capra, współorganizującej ćwiczenia.

Jak podkreśla, równie ważne jak samo udzielanie pomocy było zabezpieczenie logistyczne całego przedsięwzięcia. Konieczne okazało się zapewnienie regularnych dostaw leków, sprzętu medycznego i tlenu, a także energii elektrycznej potrzebnej do zasilania urządzeń.

Wybór nietypowej lokalizacji nie był przypadkowy. W przypadku konfliktu zbrojnego lub poważnego kryzysu medycy mogą zostać zmuszeni do pracy w miejscach pozbawionych standardowej infrastruktury.

– Uważamy, że wszyscy medycy ze służby zdrowia powinni mieć zdolność również do przenoszenia swojej pracy do tak zwanych podziemi, czyli do każdego miejsca, które będzie dla przeciwnika nieoczywiste, aczkolwiek zapewni względne bezpieczeństwo personelowi – dodaje Bella.

Cztery godziny ćwiczeń, trzy miesiące przygotowań

W przedsięwzięciu uczestniczyli między innymi ratownicy medyczni, pielęgniarze, lekarze, żołnierze, policjanci, instruktorzy ratownictwa taktycznego oraz studenci kierunków medycznych. Przyjechali z różnych części Polski, a wielu z nich na co dzień pracuje w pogotowiu ratunkowym, szpitalnych oddziałach ratunkowych czy innych służbach.

Choć sama symulacja trwała cztery godziny, przygotowania do niej zajęły około trzech miesięcy. Trzeba było zgromadzić sprzęt, skoordynować udział uczestników, przygotować scenariusze i zapewnić odpowiednią liczbę pozorantów.

– Ci wszyscy ludzie, którzy tu przyjechali, przyjechali w czasie wolnym od pracy. Nikt im za to nie płaci. Jedynym wynagrodzeniem będzie maska przeciwgazowa i osiem punktów edukacyjnych – mówi Piotr Jewsiejczyk.

Pozoranci z kartami obrażeń

Istotną rolę w ćwiczeniach odgrywali pozoranci, którzy wcielali się w osoby poszkodowane w wyniku skażenia i innych obrażeń. Ich zadaniem było możliwie realistyczne odtworzenie sytuacji, z jakimi ratownicy mogliby zetknąć się podczas prawdziwego zdarzenia masowego.

Uczestnicy odgrywający pacjentów zakładali specjalną odzież ochronną oraz ubrania przeznaczone do zniszczenia. Na miejscu otrzymywali karty zawierające opis obrażeń, dolegliwości i parametrów życiowych.

– Na tych kartach są wszystkie spisane parametry i obrażenia. Medycy na podstawie tych kart będą wykonywać odpowiednie procedury i interwencje – opowiada jeden z pozorantów, który po raz pierwszy uczestniczył w takim przedsięwzięciu.

Przygotowani na najgorszy scenariusz

Organizatorzy podkreślają, że podobne szkolenia są trudne logistycznie i nie mogą odbywać się codziennie. Ich znaczenie wykracza jednak poza doskonalenie konkretnych procedur medycznych. Chodzi również o oswojenie personelu z pracą pod presją, w nieznanym otoczeniu i przy ograniczonych zasobach.

– Mamy taką polską tendencję do wykonywania różnych rzeczy, jak się już wydarzą. Natomiast my tu przewidujemy najgorsze scenariusze na każdych naszych ćwiczeniach i staramy się przygotować wcześniej. Przynajmniej mentalnie, żeby każdy miał zbudowaną świadomość, jak to mniej więcej może wyglądać – podsumowuje Piotr Jewsiejczyk.

Ćwiczenia miały przygotować uczestników do sytuacji, w której tradycyjny system ratownictwa może okazać się niewystarczający, a o skuteczności pomocy zdecydują nie tylko umiejętności medyczne, lecz także organizacja pracy, współdziałanie służb i zdolność do szybkiego dostosowania się do ekstremalnych warunków.

ROLKI