Sprawa wróciła na wokandę po tym, jak we wrześniu 2025 r. Sąd Okręgowy w Lublinie uchylił wcześniejsze uniewinnienie dwóch byłych mundurowych. Podczas ponownego procesu oskarżyciel publiczny wnioskował o skazanie mężczyzn na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz orzeczenie pięcioletniego zakazu pracy w policji. Z kolei obrońcy domagali się całkowitego oczyszczenia swoich klientów z zarzutów.
W piątek zapadło rozstrzygnięcie przed Sądem Rejonowym Lublin-Wschód, który uznał 43-letniego Wojciecha K. oraz 50-letniego Arkadiusza K. za winnych przekroczenia uprawnień i nieumyślnego spowodowania śmierci. Obaj usłyszeli wyroki roku więzienia w zawieszeniu na okres trzech lat oraz otrzymali trzyletni zakaz służby w szeregach policji. Dodatkowo każdy z nich musi zapłacić 20 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz siostry zmarłego.
Czytaj też: Chwycił za nóż i zadźgał partnera matki. Po zabójstwie Przemysław A. uciekał przed policją
Dramatyczne wydarzenia rozegrały się w sierpniu 2020 r. w rejonie ul. Łęczyńskiej w Lublinie, gdzie przechodnie wezwali patrol do agresywnego mężczyzny. Na widok funkcjonariuszy leczący się psychiatrycznie Tomasz K. zaczął uciekać, ale został ujęty w pobliżu gmachu Agencji Mienia Wojskowego, a fragment tych działań nagrał monitoring. Z ustaleń prokuratury wynika, że policjanci użyli chwytów obezwładniających, rzucili uciekiniera na ziemię i skuli mu ręce z tyłu. Następnie przyciskali go rękami oraz kolanami, utrudniając mu swobodne oddychanie.
Sędzia Andrzej Skubis zwrócił uwagę na bardzo dynamiczny przebieg całej akcji. Zabezpieczone nagrania dowodzą, że 36-latek otrzymał uderzenie łokciem w okolice szyi, a mundurowi użyli wobec niego „chwytu obezwładniającego szyję” i przewrócili go brzuchem do ziemi. Sąd wypunktował, że leżący w tej pozycji mężczyzna zachowywał się już spokojnie i nie wierzgał nogami, lecz mimo to funkcjonariusze nadal dociskali jego klatkę piersiową oraz kończyny.
– Swoim zachowaniem i odruchami pokrzywdzony wskazywał, że ma problemy z oddychaniem, prosił o zwolnienie chwytów, miał charczący głos, z ust leciała mu ślina bądź piana – opisał sędzia.
Zebrany materiał dowodowy wykazał, że do zgonu 36-latka nie przyczyniły się ani fizyczne obrażenia z samej interwencji, ani przebieg późniejszej reanimacji. Bezpośrednią przyczyną śmierci była „asfiksja restrykcyjna”, czyli nagła niewydolność krążeniowo-oddechowa wywołana przymusowym unieruchomieniem i problemami z oddychaniem u osoby silnie pobudzonej ruchowo. Badania toksykologiczne potwierdziły ponadto obecność leków psychotropowych w organizmie Tomasza K.
W ocenie sądu użycie tak dużej siły i wybranych środków przymusu bezpośredniego było nieadekwatne do sytuacji, co oznacza przekroczenie uprawnień przez oskarżonych. Mundurowi wiedzieli o dziwnym zachowaniu 36-latka, który w trakcie ucieczki sam krzyczał o swoim leczeniu psychiatrycznym, a także powinni brać pod uwagę jego zmęczenie pościgiem. Zdaniem wymiaru sprawiedliwości właściwa ocena położenia oraz reakcja na prośby zatrzymywanego pozwoliłyby uniknąć jego śmierci przez uduszenie.
Czytaj też: 10 lat więzienia za zabójstwo sąsiada. Poszło o drzewa na miedzy
Reprezentujący jednego z byłych funkcjonariuszy mec. Stanisław Estreich w rozmowie z dziennikarzami już zapowiedział wniesienie apelacji od tego rozstrzygnięcia. Adwokat podkreślił przy tym, że problem poruszany na sali sądowej ma znacznie szerszy wymiar.
– Jest to kwestia odpowiedzi na pytanie, czy możemy się czuć bezpieczni w naszym mieście i kraju oraz czy interwencja policjantów musi się kończyć ławą oskarżonych. I podstawowa przyczyna – czy funkcjonariusz, który nie jest szkolony, może wiedzieć, że wystąpiło zjawisko „asfiksji restrykcyjnej” – powiedział adwokat.
Prawnik przekonywał również, że interweniujący policjanci występowali w interesie publicznym, „byśmy po ulicach mogli chodzić spokojnie”.
Przez cały proces byli policjanci odrzucali oskarżenia prokuratury, uznając je za całkowicie bezpodstawne. Przekonywali, że działali w granicach prawa i użyli środków adekwatnych do zagrożenia, choć jednocześnie wyrazili współczucie oraz ubolewanie wobec bliskich zmarłego. „Mi nie chodziło o to, żeby oskarżeni poszli siedzieć do więzienia. Dla mnie po prostu ważne było to, żeby oni wszyscy usłyszeli, że oni są winni, bo ja to widziałam, ja to czułam, ja, ja to wszystko wiedziałam. A dla mnie taką ulgą i tym wszystkim jest to, że sąd po prostu uznał ich za winnych” - powiedziała dziennikarzom siostra zmarłego mężczyzny.
Wydane przez lubelski sąd orzeczenie nie jest jeszcze prawomocne.