Spis treści
- Restauracja Skarpa i codzienna gastronomia przy dworcu
- Restauracja Stylowa w Lublinie i kategoryzacja lokali
- Restauracja Śródmiejska i peerelowskie dowcipy o kelnerach
- Luksusowa restauracja Europa w Lublinie
- Restauracje Polonia, Powszechna i Victoria w centrum
- Dworek Grafa i słynny Fafik na peryferiach Lublina
Restauracja Skarpa i codzienna gastronomia przy dworcu
Podróżni opuszczający Dworzec Główny PKS przy alei Tysiąclecia w epoce późnego Gierka mieli całkiem spory wybór w kwestii zjedzenia ciepłego posiłku. Stojąc u progu tego modernistycznego gmachu, mogli zignorować tutejszy bufet i skierować swoje kroki prosto do lokalu drugiej kategorii „Pod Skarpą” na ulicy Ruskiej.
Obecnie ten długi, parterowy obiekt służy mieszkańcom jako zwykła hala targowa, choć wzniesiono go pod koniec lat siedemdziesiątych z myślą o gastronomii. Wewnątrz znajdowała się potężna przestrzeń jadalna, w której teoretycznie wydzielono strefę wolną od dymu tytoniowego za pomocą białej, plastikowej kraty ozdobnej, co oczywiście w żaden sposób nie powstrzymywało wszechobecnego smrodu papierosów.
Słynna „Skarpa” stanowiła zaledwie jeden z wielu identycznych punktów gastronomicznych rozsianych po całym kraju, mając swoje odpowiedniki w postaci lubelskiej „Czechowianki” czy garbowskiej „Restauracji Rybackiej”. Klienci bardzo chwalili to miejsce, ponieważ jako jedno z nielicznych serwowało prawdziwą kawę z ekspresu zamiast wszechobecnego sypanego żużlu i oferowało potrawy bezmięsne.
Goście najczęściej zachwycali się doskonale przyrządzonym rumsztykiem z cebulą, ale prawdziwym kulinarnym hitem były tamtejsze ziemniaki serwowane w formie purée z nutą śmietanki oraz kardamonu, które podawano w postaci unikalnego, starannie uformowanego kopca.
Restauracja Stylowa w Lublinie i kategoryzacja lokali
Na Placu Zebrań Ludowych, znanym obecnie jako plac Zamkowy, funkcjonowała pierwszokategorijna restauracja „Stylowa”, zlokalizowana tuż po przeciwległej stronie dworca. Karta dań kusiła burgundzką wołowiną oraz królikiem w śmietanie, a klienci zjawiali się w tym miejscu z myślą o pysznej kolacji, szalonej zabawie na parkiecie i ucieczce od szarej prozy życia.
Miejsca o tym standardzie serwowały posiłki od wczesnych godzin porannych, by po zapadnięciu zmroku zamienić się w sale taneczne z muzyką na żywo. Punktualnie o osiemnastej wprowadzano zaktualizowany cennik z doliczonym „dodatkiem artystycznym”, co podnosiło rachunki o dziesięć procent, a obsługa rozprowadzała specjalne wejściówki gwarantujące gościom możliwość uczestnictwa w nocnej imprezie.
Począwszy od 1963 roku, wszystkie punkty gastronomiczne przypisywano do konkretnych klas, od najwyższej Lux, poprzez pierwszą i drugą, aż do najsłabszej czwartej. Społeczeństwo szybko wymyśliło dowcipną teorię na temat tych oznaczeń, twierdząc, że numer kategorii odpowiada liczbie odwróceń brudnego obrusu na drugą stronę przed jego ostatecznym wypraniem, o czym wspominał Krzysztof Załuski w swojej książce:
„Ile stron ma obrus w knajpie? Nieskończenie wiele: najpierw lewa, potem prawa, a potem – która czystsza”.
W praktyce ten odgórny system oceniania pełnił kluczową rolę w funkcjonowaniu lokali, ponieważ bezpośrednio determinował jakość dostarczanych półproduktów, wysokość wynagrodzeń dla personelu oraz ogólny prestiż danego miejsca.
Restauracja Śródmiejska i peerelowskie dowcipy o kelnerach
Gastronomia o najniższym standardzie była obiektem nieustannych drwin ze strony obywateli. Wśród mieszkańców miast masowo powtarzano rozmaite żarty i anegdoty na temat obsługi, na przykład:
– „To jedzenie śmierdzi!”
Kelner odchodzi kilka kroków:
– „A teraz?”
Inny równie popularny dowcip dotyczył rzekomego przepracowania personelu w barach:
– „Bułki są mokre!”
– „W jednej ręce niosę drugie danie, w drugiej zupę, pod brodą oranżadę – to mam prawo się spocić!”
W przeciwieństwie do krążących legend, całkowicie prawdziwa okazała się riposta pracownika trzeciokategorijnej „Śródmiejskiej”, który bezczelnie odpowiedział niezadowolonemu klientowi:
– „Taca to nie kierownica – nie przejadę pana!”
Wspomniana placówka u zbiegu ulic Narutowicza oraz Kapucyńskiej cieszyła się sławą typowej mordowni dla najgorszego elementu. Jak donosiła prasa w postaci „Kuriera Lubelskiego” w 1966 roku, nietrzeźwy mężczyzna zatrzaśnięty w środku po godzinach zamknięcia okradł magazyn z trunków i jedzenia, a następnie niepostrzeżenie ulotnił się wyjściem ewakuacyjnym.
Luksusowa restauracja Europa w Lublinie
Zdecydowanie wyższym prestiżem mogła pochwalić się słynna „Europa”, posiadająca zaszczytną kategorię specjalną i kontynuująca swoją działalność jeszcze z czasów przedwojennych. Ten wyjątkowy punkt na mapie miasta uchodził za absolutny szczyt luksusu i elegancji.
– W karnawale bale odbywały się sześć dni w tygodniu, do drugiej–trzeciej nad ranem. Stoliki trzeba było rezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem – wspominał kelner Witold Paw. – W sezonie 1968/1969 goście jednego balu wypili kilkaset butelek szampana w jeden wieczór.
Znakomite potrawy przyciągały do tego miejsca smakoszy nawet ze stolicy kraju, pragnących skosztować wybitnych specjałów szefa kuchni. Wśród kulinarnych perełek brylowały zrazy nelsońskie oraz słynny lubelski forszmak, którego receptura zawędrowała ostatecznie na statki pasażerskie pływające do Skandynawii.
Pod tym samym adresem funkcjonowała również znacznie skromniejsza, posiadająca zaledwie trzecią kategorię „Karczma Lubelska”. O ile zamożni klienci eleganckiej części kompleksu regularnie wpadali tam na szybki kieliszek czystej, o tyle biedniejsza klientela karczmy nie miała szans na wejście do ekskluzywnej sali, skutecznie blokowana przez potężnych ochroniarzy.
Restauracje Polonia, Powszechna i Victoria w centrum
Śródmieście obfitowało w mnóstwo świetnie prosperujących punktów gastronomicznych, wśród których prym wiodła mieszcząca się na Krakowskim Przedmieściu „Polonia”, uwielbiana za doskonałe jedzenie i huczne zabawy. Za dnia można było tam zjeść tani obiad z gotowego zestawu, natomiast po zmroku na stoły wjeżdżały rarytasy w postaci lubelskiego schabowego lub antrykotu po partyzancku.
Z kolei funkcjonująca w murach współczesnego Grand Hotelu znana restauracja „Powszechna” serwowała gościom fantastyczne dania z wołowiny, a jej drzwi pozostawały otwarte dla wygłodniałych klientów przez niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Należąca do państwowego przedsiębiorstwa Konsumy placówka o nazwie „Wisła” w początkowej fazie swojej działalności wpuszczała na salę tylko wyselekcjonowanych klientów z konkretnymi dokumentami. Z upływem lat rygorystyczne zasady weryfikacji tożsamości gości uległy znacznemu rozluźnieniu i zaczęto powszechnie przymykać na nie oko.
O ile lokal pod szyldem „Astoria” nigdy nie zyskał sympatii mieszkańców, o tyle hotelowe przestrzenie jadalne w „Unii” oraz „Victorii” pękały w szwach od nadmiaru chętnych. To właśnie ten ostatni obiekt zapisał się na kartach miejskiej historii jako miejsce, gdzie zorganizowano premierowy pokaz striptizu w regionie.
Dworek Grafa i słynny Fafik na peryferiach Lublina
Kulinarne atrakcje nie kończyły się bynajmniej na ścisłym śródmieściu miasta, gdyż na obrzeżach również prężnie funkcjonowały ciekawe obiekty. W dzielnicy Tatary największą furorę robił słynny „Dworek Grafa”, gdzie przy stolikach regularnie widywano bogatą śmietankę towarzyską, nielegalnych handlarzy walutą oraz drobnych przedsiębiorców.
Znacznie bardziej kameralny klimat panował w otwartym na początku lat sześćdziesiątych „Fafiku”, którego nietypowy szyld wymyślili sami odbiorcy „Kuriera Lubelskiego” w specjalnym plebiscycie. Kucharze pracujący w tym miejscu specjalizowali się w przygotowywaniu klasycznych, nieskomplikowanych potraw pokroju tradycyjnego schabowego i pieczonego rostbefu.
Piętnaście lat później, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku, placówkę oficjalnie przemianowano na „Karczmę Słupską”, co stanowiło bezpośrednią odpowiedź na osobiste preferencje Edwarda Gierka. Absurdem całej tej sytuacji był fakt, że pomimo mocno nadmorskiej nazwy, wnętrze często ozdabiano w stylu typowo podhalańskim, co doskonale podsumowywało paranoję tamtych czasów.
Czytelników, którzy pamiętają tamtą trudną i specyficzną epokę, chętnie zapraszamy do podzielenia się swoimi własnymi doświadczeniami i anegdotami związanymi z wizytami w ówczesnych lokalach gastronomicznych.