Rdzawy Jaco po złamaniu obojczyka nie poddaje się. Lubelski skejter zapowiedział, że wróci dokończyć podróż

2024-06-06 9:16

- Niestety na trasie wyrosła mi studzienka, która była przez całą drogę i dosłownie spękałem – opowiada Jacek „Rdzawy Jaco” Harasimiuk. - Zamiast po prostu swoim doświadczeniem i prędkością przejechać, chciałem przed nią wyhamować. Niestety to zdjęcie nogi przy prędkości i do tego jeszcze obciążenie 17 kilogramów, gdzieś mnie zamajtało, no i poleciałem.

Rdzawy Jaco po złamaniu obojczyka nie poddaje się. Lubelski skejter zapowiedział, że wróci dokończyć podróż

i

Autor: facebook/ Jacek Jaco Harasimiuk/ Archiwum prywatne Rdzawy Jaco po złamaniu obojczyka nie poddaje się. Lubelski skejter zapowiedział, że wróci dokończyć podróż

Jacek „Rdzawy Jaco” Harasimiuk 1-ego czerwca wystartował spod Gubałówki i chciał w 20 dni dojechać na największy polski półwysep. Jednak trzeciego dnia spotkał go niefortunny wypadek, który zakończył się zadrapaniami i złamany obojczykiem, przez co musiał przerwać podróż i wstrzymać plany akcji "Na deskorolce przeciwko depresji".

- Najpierw wydawało mi się, że poleciałem na głowę, bo na pewno głową też troszeczkę uderzyłem, ale później po zdjęciu plecaka poczułem, że coś mnie boli - mówi Jacek Harasimiuk. - Pierwsze co, to po prostu wiedziałem, że coś mnie boli. Później zobaczyłem, że jednak kość obojczykowa jest ze schodkiem, czyli wiadomo, że już coś się z nią stało. Ja od razu pomyślałem że złamana. Gdzieś tam diagnoza, samą ręką, dłonią sprawdzenie, czy jest okej. No i niestety nie okej. Złamany obojczyk i później chyba 20 minut czekania na pogotowie, a potem szpital w Myślenicach. Tam diagnoza ta sama, że złamany bark. Teraz czekam na resztę konsultacji.

Motor wśród pilkarskiej elity. Triumfalna podróż piłkarzy przez Lublin

- W poniedziałek miałem wywrotkę i wtedy po prostu wstałem i nie wiedziałem, co się dzieje. Pierwsza myśl, no przecież jak mam złamany obojczyk, to koniec. Ale rozmowa z moją narzeczoną, później rozmowa z moimi kolegami, przyjaciółmi, później wszystkie komentarze na Facebooku, na Instagramie, pisanie w Messengerze, no po prostu ludzie tak nakręcili tą moją wczesną historię i tak mnie podbudowali, że powiedziałem, no dobra, nie wiem jeszcze co się stanie, ale sześć tygodni, siedem najpóźniej, wyruszam dalej, tak więc nie poddaję się, jadę dalej - mówi Harasimiuk.

- Mimo wszystko wrażenia są mega, ale to mega super pozytywne, energetyzujące, emanujące po prostu miłością. Samo to, że jechałem i naprawdę ludzie i wspierali, i trąbili okazując okejkę, i zatrzymywali się lekko i mówili, o dasz radę, pojedziesz dalej. To było bardzo super. Więc naprawdę odczucie było bardzo duże i pozytywne, a do tego jeszcze jakby wypadek pokazał mi, że ja walczę o to, żeby stworzyć wspólnotę, jakąś grupę osób, które pomogą. Miejsce, w którym będzie można pomóc ludziom właśnie chorym na depresję, czy w ogóle z jakimiś chorobami psychicznymi - dodaje Harasimiuk.

Zobacz także naszą galerię zdjęć: Tak świętowali piłkarze Motoru Lublin awans do ekstraklasy. Wierni kibice nie zawiedli [GALERIA]