Paweł Jemielniak w drodze do pracy przepadł bez śladu. Odnaleziono roztrzaskany pojazd, a jego ciało miesiąc później

30-letni Paweł Jemielniak zaginął w dziwnych i niewyjaśnionych okolicznościach. Mężczyzna wyruszył rankiem samochodem do swojego zakładu pracy, jednak nigdy nie dotarł na miejsce. Kompletnie zrujnowany wrak odnaleziono kilkanaście kilometrów od jego posesji. W aucie nie natrafiono na kierowcę, brakowało również dowodów wskazujących na tragiczny finał kraksy. Poszukiwania ciągnęły się tygodniami, a zdesperowana rodzina zarzucała śledczym błędy. Miesiąc później z dala od miejsca porzucenia wozu ujawniono zwłoki 30-latka.

Dokładnie 18 kwietnia 2015 roku ślad po Pawle Jemielniaku nagle zaginął. 30-letni mieszkaniec Młyńca (niewielkiej miejscowości niedaleko Białej Podlaskiej) pożegnał ciężarną żonę oraz trójkę swoich dzieci i przed siódmą rano wyruszył do pracy. Zaledwie kilka godzin później, po dziesiątej, partnerka mężczyzny otrzymała bardzo niepokojącą wiadomość. Paulina Jemielniak w programie „Interwencja” na antenie telewizji Polsat wyznała, że napisał do niej pracodawca męża, alarmując o porzuconym w rejonie lasu pojeździe. Szef 30-latka polecił kobiecie, aby w miarę możliwości pojawiła się na miejscu bez zbędnego zdenerwowania. Kobieta wspominała, że po tragicznym zdarzeniu z wozu nie pozostało niemal nic.

Brak świadków i zniszczony wrak. Rodzina obarczała winą policję

Kompletnie roztrzaskany samochód ujawniono w odległości około piętnastu kilometrów od rodzinnego domu zaginionego. W kabinie nie było śladu po Pawle, nie natrafiono też na ani jedną kroplę krwi, co mogłoby świadczyć o dramatycznym rozwoju wypadków. Brat poszukiwanego wyznał przed obiektywami kamer, że 30-latek wyparował i rozpłynął się w powietrzu, zastanawiając się głośno, czy mężczyzna uciekł, czy został przez kogoś zamordowany. Siostra kierowcy dodawała, że samochód wyglądał tak, „jakby czołg po nim przejechał”. Wrak odkryły przypadkowe osoby, natychmiast powiadamiając służby ratunkowe. Komisarz Renata Laszczka-Rusek, pełniąca w tamtym okresie funkcję rzeczniczki prasowej lubelskiej komendy wojewódzkiej poinformowała, że o 8:27 otrzymano zgłoszenie dotyczące zniszczonego opla w Żeliznie, który rzekomo uczestniczył w wypadku, lecz nie było w nim szofera.

Praca śledczych na miejscu wykazała, że pomimo zgromadzenia się wielu gapiów, nikt nie widział na własne oczy samego incydentu drogowego. Scenariusz wypadku wciąż pozostawał wielką niewiadomą. Policjanci bronili się przed zarzutami rodziny zaginionego o zbyt powolne działania ratunkowe, podkreślając, że natychmiast po zgłoszeniu zidentyfikowali właściciela rozbitego auta. Komisarz Renata Laszczka-Rusek odpierała ataki, argumentując, że pierwsze zespoły patrolowe ruszyły do pracy błyskawicznie, a oskarżenia bliskich o poszukiwania sprawcy wypadku zamiast zaginionego są absurdalne, ponieważ ostateczny cel obu tych procedur pozostawał identyczny, mianowicie odnalezienie człowieka.

Pracujący na miejscu funkcjonariusze zabezpieczyli kluczowe ślady wokół uszkodzonego opla i ściągnęli specjalnego psa tropiącego. Czworonóg był w służbie niezwykle skuteczny, a wcześniej zapobiegł m.in. tragedii samobójczej w rejonie komisariatu w Wisznicach. Mundurowi żywili ogromne nadzieje na to, że doskonały węch psa przyczyni się do szybkiego sukcesu. Niestety, ten plan się nie powiódł, a Paweł Jemielniak przepadł bez śladu. W przestrzeni internetowej natychmiast zawrzało od spekulacji, że użyte przez policję zwierzę w rzeczywistości nie miało doświadczenia i dopiero uczyło się pracy tropiącej.

Przedstawiciele organów ścigania zapewniali, że akcję prowadzono z maksymalnym zaangażowaniem w dwóch obszarach. Z jednej strony przeszukiwano najbliższe okolice wraku, natomiast z drugiej sprawdzano wszelkie adresy powiązane z 30-latkiem. Rzeczniczka lubelskich stróżów prawa wyliczała kontakt z krewnymi i pracodawcą oraz rutynową weryfikację oddziałów ratunkowych i pobliskich szpitali. Oprócz dziesiątek policjantów, obszar wokół zdewastowanego samochodu przeczesywali ramię w ramię lokalni ochotnicy, członkowie straży pożarnej i zdesperowana rodzina, jednak wszelkie trudy nie przyniosły pożądanego skutku.

Samochód zaginionego odbił się od skarpy i uderzył z impetem w konary drzewa

Z upływem czasu do przeczesywania terenu włączano coraz to nowszy sprzęt specjalistyczny. W działaniach poszukiwawczych wykorzystano statek powietrzny polskiej straży granicznej, a także specjalną jednostkę wsparcia z Komendy Głównej Policji dysponującą latającymi dronami i systemami nawigacji satelitarnej. Urządzenia te pozwoliły na szczegółową eksplorację blisko 360 hektarów niebezpiecznych mokradeł i bagien, ale przełomu wciąż nie było. Komisarz Renata Laszczka-Rusek raportowała, że każdego dnia teren penetrowało od 60 do 70 ochotników i funkcjonariuszy, przy czym wybrane strefy wskazane przez rodzinę bazującą na wizjach lokalnego jasnowidza sprawdzano niejednokrotnie. Informacja o poszukiwanym mieszkańcu Młyńca błyskawicznie obiegła ogólnopolskie serwisy informacyjne, trafiając też na policyjne witryny i do bazy serwisu Zaginieni.pl.

Pani Justyna, będąca rodzoną siostrą Pawła, zrelacjonowała dziennikarzom „Interwencji” wstrząsającą analizę zdarzenia przygotowaną przez śledczych. Rozpędzony pojazd miał najpierw uderzyć w drzewo, następnie po wyjechaniu na nasyp wybić się w powietrze, uderzyć w kolejne drzewo i po twardym lądowaniu uderzyć w drogową barierkę. Widok pozostawionego wraku budził grozę. Część maski wylądowała na drugim pasie ruchu, a elementy wygłuszenia dachu zawisły cztery metry nad ulicą. Spłaszczona karoseria ewidentnie świadczyła o mocnym dachowaniu. Zszokowany brat zaginionego dodawał, że uszkodzeniu uległ również mechanizm sprzęgła, co pozwalało zakładać złamania lub odcięcie nóg kierowcy. Rodzina Pawła niezłomnie twierdziła, że policja nie stanęła na wysokości zadania, powołując się na rzekome słowa jednego ze śledczych, który na samym początku akcji miał stwierdzić, że jest już stanowczo „za późno” na pomoc. Komenda miejska zdementowała tę plotkę, jednak faktycznego przebiegu rozmowy zapewne nie uda się już nigdy precyzyjnie zrekonstruować.

Bliscy byli niemalże pewni, że Paweł padł ofiarą przestępstwa lub morderstwa. W telewizyjnych wywiadach oskarżali mundurowych o to, że wykreowali w mediach wizerunek 30-latka jako nałogowego alkoholika uciekającego z rozbitego auta. Członkowie rodziny zaznaczali, że obwiniano ich za brak zabezpieczeń przy pojeździe, mimo że przecież nie mają policyjnego wykształcenia. Znaczny niepokój budziły detale odnalezione na miejscu, takie jak wyrwane z konsoli radio czy zrabowany z dokumentami portfel. W zaroślach zabezpieczono również rozmontowany i dziwnie suchy telefon, mimo trwającej ulewy, co sugerowało ewentualne podrzucenie przedmiotu. Desperacka próba ustalenia prawdy przez rodzinę doprowadziła do wyznaczenia dziesięciu tysięcy złotych nagrody za cenne poszlaki, jednak rozlepiane komunikaty były permanentnie niszczone przez nieznanych wandali. Zbiegów okoliczności w tej sprawie stale przybywało.

Pod adresem mundurowych kierowano coraz to nowsze oskarżenia medialne, co zmusiło byłą już komisarz Renatę Laszczkę-Rusek do opublikowania oficjalnego sprostowania. Rzeczniczka podkreślała pełne zrozumienie dla desperacji i wielkiego rozgoryczenia rodziny walczącej o prawdę, ale jednoznacznie stanęła w obronie policjantów z Białej Podlaskiej. Oficjalne stanowisko służb gwarantowało w pełni profesjonalne użycie wszelkich dostępnych środków w celu ratowania życia Pawła Jemielniaka. Rzeczniczka stanowczo stwierdziła, że w obliczu takich dramatów krewni usilnie poszukują winnego, lecz obarczanie funkcjonariuszy zarzutem niekompetencji stanowi skrajne wręcz nadużycie i próbę uderzenia w osoby, które starały się rozwikłać zagadkę za wszelką cenę.

Smutne rozstrzygnięcie zagadki. Zwłoki Pawła Jemielniaka odnalezione, śledztwo w prokuraturze upadło

Tragiczne rozstrzygnięcie sprawy nadeszło równo po miesiącu. W ostatnich dniach maja 2015 roku patrolujący podmokłe tereny leśniczy zupełnie przypadkowo natknął się na rozkładające się zwłoki człowieka, leżące aż trzy kilometry od roztrzaskanego pojazdu. Badania patomorfologiczne potwierdziły znaczne obrażenia powypadkowe, które bezdyskusyjnie doprowadziły do zgonu mężczyzny. Rozgorzała ponowna debata nad tym, jak to możliwe, by tak ciężko ranny człowiek pokonał na własnych nogach bagniste trzy kilometry bez zostawienia czytelnych śladów, i dlaczego nie wykryto go przy użyciu psów tropiących. Organy ścigania ripostowały, wskazując na obfite ulewy zacierające trop i brak technicznych możliwości na szybsze ujęcie poszkodowanego w tak niegościnnym dla ratowników terenie, kategorycznie odrzucając tezę o zaniedbaniach ratowniczych.

Oficjalne postępowanie prokuratury jednoznacznie wykazało, że zmarły kierowca po zderzeniu z drzewami prawdopodobnie działał w głębokim szoku powypadkowym. Mroczne zakamarki ludzkiej psychiki i uszkodzenia ciała spowodowały, że 30-latek zagłębił się w dzikie tereny w stanie zupełnego amoku. To właśnie tam wycieńczony organizm Pawła Jemielniaka ostatecznie poddał się licznym krwotokom i obrażeniom wewnętrznym. Prokuratorzy nie ukrywali, że wyznaczenie jednej, twardej przyczyny zgonu było obiektywnie niemożliwe ze względu na bardzo zaawansowany proces gnilny odnalezionego w mokradłach ciała.

Przeanalizowanie wszystkich hipotez oraz dokumentacji kryminalistycznej pozwoliło prokuraturze w stu procentach wykluczyć morderstwo czy też udział osób trzecich ukrywających zwłoki po zdarzeniu. Ze względu na zgon ofiary i brak znamion czynu zabronionego tajemnicze postępowanie zostało w efekcie prawnie zamknięte i na zawsze umorzone.

Sonda
Jak oceniasz polską policję?
Pokój Zbrodni - Paweł Jemielniak

ROLKI