Spis treści
- Zaginięcie Mateusza Żukowskiego. Koledzy 10-latka z Ujazdowa ukrywali prawdę?
- Andrzej Żukowski nie wierzy w utonięcie syna. Ślady Mateusza urwały się nad rzeką Wieprz
- Andrzej Żukowski krytykuje działania policji. Koledzy Mateusza z Ujazdowa zmieniali zeznania
- Zaginięcie 10-letniego Mateusza. Prokuratura w Zamościu sprawdziła wszystkie hipotezy
- Dziennikarz Janusz Szostak badał sprawę Mateusza Żukowskiego. Ciało ukryto na budowie?
- Rodzina Andrzeja Żukowskiego legła w gruzach. Zaginięcie dziecka zniszczyło im życie
Dokładnie 26 maja 2007 roku w Ujazdowie niedaleko Zamościa doszło do zaginięcia dziesięcioletniego Mateusza Żukowskiego. Tragedia rozegrała się w Dzień Matki, co w swojej książce zatytułowanej „Urwane ślady” opisał dziennikarz Janusz Szostak. „- Było wtedy bardzo gorąco. Pojechaliśmy z Mateuszkiem na ryby” – relacjonował Andrzej Żukowski w rozmowie z autorem publikacji. Gigantyczny skwar wyjątkowo mocno zmęczył wędkarzy. Właśnie dlatego podjęli decyzję o szybszym powrocie w okolicy godziny wpół do trzeciej. Pan Andrzej narzekał na silny ból głowy wywołany słońcem, dlatego położył się na chwilę odpocząć, pozwalając dziecku na grę przed komputerem. Mieli w planach powrót na łowisko w późniejszych godzinach, jednak 10-latek wolał spędzić ten czas w parku z kolegami. „- Obiecał, że niedługo wróci, aby pojechać ze mną na te ryby” – tłumaczył ojciec chłopca.
Finalnie wędkarz postanowił wyruszyć na łowisko w pojedynkę, ponieważ w wyznaczonym czasie dziecka nigdzie nie było. „- Pewnie bawi się jeszcze z kolegami, nie będę mu przeszkadzał” – pomyślał i pojechał na ryby. Zachowanie dziesięciolatka w ogóle go nie zaskoczyło, a cała sytuacja wydawała mu się całkowicie naturalna. Żartował nawet, że przebywanie w towarzystwie rówieśników jest dla młodego człowieka znacznie atrakcyjniejsze niż siedzenie z ojcem nad wodą. Dopiero po powrocie z wędkowania przed godziną 21:00 dowiedział się od swojej małżonki, że Mateusza wciąż nie ma w domu. Kobieta po nocnej zmianie twardo spała i była święcie przekonana o wspólnym wyjeździe męża oraz syna. Niestety małżeństwo całkowicie się nie zrozumiało. Zaginiony dziesięciolatek nie zdążył nawet złożyć mamie życzeń z okazji jej święta.
Zaginięcie Mateusza Żukowskiego. Koledzy 10-latka z Ujazdowa ukrywali prawdę?
„- Zaczęliśmy szukać u sąsiadów, ale nie było go u nikogo w pobliżu. Wobec tego pojechałem do kolegów, z którymi syn się bawił” – opowiadał zdesperowany Andrzej Żukowski. Poszukiwania na podwórkach znajomych również nie przyniosły żadnego rezultatu, a zaginionego chłopca nigdzie nie było. Bracia w wieku dziewięciu i dziesięciu lat wykazywali jednak spory niepokój. Dawid i Sebastian zachowywali się niezwykle tajemniczo, a ich postawa sugerowała zatajanie istotnych informacji o losie zaginionego rówieśnika.
„- Byli ubrudzeni błotem, wyraźnie coś kręcili, jakby nie chcieli powiedzieć całej prawdy. Podali mi kilka sprzecznych wersji. W pewnym momencie ich dziadek powiedział, że Mateusz poszedł do Tarnogóry. U nas to oznacza, że poszedł z prądem w stronę miejscowości Tarnogóra, że się utopił. To dlaczego nie przyszli powiadomić nas o tym, dlaczego nie wezwali policji, tylko siedzieli w domu?” - relacjonował oburzony Andrzej Żukowski w wywiadzie zamieszczonym na stronach książki Janusza Szostaka pod tytułem „Urwane ślady”.
Najbliżsi zaginionego chłopca bez wahania zaalarmowali o dramatycznej sytuacji lokalne służby mundurowe. Błyskawicznie zainicjowano szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, do której dołączyli nie tylko policjanci i wykwalifikowani nurkowie, ale również prywatni detektywi oraz osoby zajmujące się jasnowidzeniem. Za przekazanie jakichkolwiek wieści o dziesięciolatku wyznaczono gigantyczną nagrodę w wysokości 100 tysięcy euro. W ówczesnych realiach tak astronomiczna kwota wydawała się wielu osobom zwykłym kłamstwem i próbą wywołania medialnego szumu. Choć od tamtego tragicznego majowego dnia minęło mnóstwo czasu, losy Mateusza pozostają całkowicie nieznane.
„- Czy 10-latek padł ofiarą pedofilów? Czy został brutalnie zgwałcony i żywcem pogrzebany, a jego rzekome utonięcie upozorowano? A może zamurowano go w fundamentach pałacu? Moje dziennikarskie śledztwo w tej sprawie daleko odbiega od ustaleń prokuratury, która stwierdziła tylko tyle, że Mateusz zaginął. To mało jak na kilkanaście lat śledztwa” – opisywał w swojej publikacji nieżyjący już redaktor Janusz Szostak. Autor przez długi czas próbował rozwikłać mroczną tajemnicę z Ujazdowa. Jego wysiłki nie przyniosły jednak przełomu.
Dziennikarzowi udało się jednak udowodnić, że głośna sprawa zaginionego dziecka regularnie przyciąga bezwzględnych naciągaczy, którzy pragną zarobić na dramacie zdesperowanego ojca. Zimą 2019 roku do Andrzeja Żukowskiego trafiły przerażające wiadomości głosowe oraz filmiki z udziałem zamaskowanego sprawcy. „- Dajesz mi 500 tysięcy i widzisz syna, inaczej zostanie zamordowany. Masz przyjechać z kasą, bo inaczej twój syn zginie. Jutro dawaj pieniądze” – groził na nagraniach zamaskowany mężczyzna. Funkcjonariuszom udało się błyskawicznie namierzyć nadawcę tych skandalicznych materiałów. Okazał się nim niejaki Arkadiusz H., mieszkaniec Rzeszowa. Po aresztowaniu mężczyzna bezczelnie twierdził, że chciał jedynie zażartować i nie posiada żadnej wiedzy o zaginionym.
Andrzej Żukowski nie wierzy w utonięcie syna. Ślady Mateusza urwały się nad rzeką Wieprz
Oficjalna wersja wydarzeń przedstawiana przez organy ścigania zakłada nieszczęśliwy wypadek nad wodą. Pies tropiący zaprowadził bowiem funkcjonariuszy prosto w okolice rzeki Wieprz, gdzie w gęstych zaroślach odkryto starannie zwinięte ubrania zaginionego chłopca. Policjanci wysnuli hipotezę, że dziesięciolatek wszedł do wody, a silny nurt porwał go na dno. Tata Mateusza nigdy nie zaakceptował takich przypuszczeń i całkowicie je odrzuca. „- To niemożliwe, by z własnej woli wszedł do rzeki. On obsesyjnie bał się wody. Nawet gdy byliśmy na rybach, zawsze trzymał się blisko mnie, nigdy nie wchodził do wody” – tłumaczył wielokrotnie pan Andrzej Żukowski.
Mimo kategorycznych zaprzeczeń ze strony ojca, śledczy uznali utonięcie dziecka za dominującą i najbardziej logiczną wersję wydarzeń. Argumentowano to faktem, że zdradliwy nurt rzeki Wieprz pochłonął już wcześniej sporo ludzkich istnień. Wyspecjalizowane grupy płetwonurków aż siedemnastokrotnie przeszukiwały dno na dwudziestokilometrowym odcinku w obie strony. Ciała Mateusza nigdy jednak nie zlokalizowano. W zakrojonych na szeroką skalę poszukiwaniach wykorzystano najnowocześniejszy sprzęt, w tym kamery termowizyjne, echosondy oraz specjalistyczny sonar. Do akcji włączyli się strażacy, policjanci, a także przedstawiciele władz lokalnych i wojewódzkich. Wynajęto również detektywów oraz jasnowidzów, jednak wszystkie podejmowane próby kończyły się całkowitym fiaskiem.
W zgromadzonej dokumentacji procesowej pojawia się również niezwykle intrygujący wątek pewnego wędkarza. Mężczyzna miał przyjechać na ryby z samego Zamościa, jednak opuścił łowisko zaledwie po sześćdziesięciu minutach. Tak krótkotrwały pobyt nad wodą wydawał się śledczym mocno zastanawiający. Prawdziwi pasjonaci tego sportu zazwyczaj spędzają na wędkowaniu znacznie więcej czasu, zwłaszcza po przebyciu tak długiej trasy. Przesłuchiwany świadek konsekwentnie utrzymywał, że nikogo podejrzanego nie zauważył. Przez kolejne lata w przestrzeni publicznej wielokrotnie spekulowano jednak o możliwym zatajaniu prawdy przez tego tajemniczego miłośnika łowienia ryb.
Z upływem czasu teza o rzekomym utonięciu dziesięciolatka w rzece Wieprz stawała się coraz mniej prawdopodobna. Brak jakichkolwiek śladów ciała przez tyle lat wręcz wykluczał taki scenariusz. Gdyby doszło do nieszczęśliwego wypadku nad wodą, zwłoki z pewnością zostałyby wyrzucone na brzeg lub odnalezione przez płetwonurków. Dodatkowo koryto rzeki na odcinku między Tarnogórą a Zamościem jest zabezpieczone specjalnymi kratami, które bez problemu zatrzymałyby ciało. Taki obrót spraw rodzi dramatyczne pytania o to, czy istnieje jakakolwiek szansa na odnalezienie żywego chłopca.
„- Trudno powiedzieć. Kiedyś zgłosiła się do mnie Ewelina H. z Niemiec, która powiedziała, że Mateusza adoptowała niemiecka sędzina. Ta kobieta twierdziła, że chce nam pomóc, długo utrzymywała z nami kontakt, ale potem nagle go zerwała. Chciałbym, aby Mateuszek żył, ale raczej szukam już ciała” – tłumaczył ze smutkiem Andrzej Żukowski.
Andrzej Żukowski krytykuje działania policji. Koledzy Mateusza z Ujazdowa zmieniali zeznania
Tata zaginionego chłopca wielokrotnie punktował błędy w pracy funkcjonariuszy policji. Z kolei zamojska Prokuratura Rejonowa odpierała te zarzuty, podkreślając bieżące informowanie mężczyzny o postępach oraz zapewnienie mu pełnego dostępu do dokumentacji zgromadzonej w śledztwie. Pan Andrzej zagłębił się w te materiały po sugestiach nieżyjącego redaktora Janusza Szostaka. Przeanalizował on przeszło tysiąc sfotografowanych stron akt, pragnąc odnaleźć klucz do rozwiązania zagadki. Po zapoznaniu się z dokumentami doszedł do wniosku, że rówieśnicy jego syna zostali przesłuchani w sposób niedbały i powierzchowny, a ich wersje wydarzeń mijały się z prawdą.
Z kolei śledczy z prokuratury nie mieli żadnych wątpliwości co do prawdomówności przesłuchiwanych dzieci. Ich wersję wydarzeń mocno popierali psychologowie biorący udział w tych czynnościach. Specjaliści jednoznacznie potwierdzili szczerość małoletnich świadków w sporządzonych opiniach. Te kluczowe wnioski na stałe wpisano do policyjnych akt sprawy.
„Ponownie zostali przesłuchani po osiągnięciu odpowiedniego wieku, ich relacje są nadal zbieżne i tożsame z uprzednio złożonymi zeznaniami. Nie wiedzą, co stało się z Mateuszem, albowiem z ich zeznań wynika, iż rozstali się z nim przy jego domu i później już go nie widzieli. Przesłuchano też w charakterze świadków ich rodziców oraz dziadka. Wszyscy świadkowie zeznawali zbieżnie, logicznie i konsekwentnie. Co więcej, w ramach czynności poszukiwawczych zbadano ich przy użyciu wariografu, który nie zanotował żadnych objawów świadczących o związku wyżej wymienionych świadków ze zdarzeniem” – cytowano ustalenia w reportażu „Urwane ślady”.
Odmówiono jednak poddania małoletnich świadków badaniu wariografem, pomimo wielokrotnych nacisków ze strony ojca zaginionego. „- Nawet mnie i moją rodzinę wzięli na wykrywacz kłamstw, gdyż na początku podejrzewali, że mamy coś wspólnego z zaginięciem Mateusza” – relacjonował rozgoryczony mężczyzna, wspominając trudne początki poszukiwań.
Z ustaleń zamojskiej prokuratury wynikało, że rówieśnicy pożegnali się z dziesięciolatkiem wieczorem w pobliżu jego miejsca zamieszkania. Wtedy zaginiony chłopiec miał rzekomo zmienić zdanie i samotnie udać się nad wodę w celu kąpieli, co finalnie zakończyło się jego śmiercią. Dla bliskich taka narracja była całkowicie pozbawiona sensu. Szczególne wątpliwości budził fakt, że bracia trzykrotnie modyfikowali swoje opowieści. Na początku twierdzili, że wrócili do domów o wpół do piątej po rozstaniu nad rzeką. Następnie wskazywali na park jako miejsce pożegnania, a w kolejnej wersji utrzymywali, iż Mateusz udał się do zupełnie innego znajomego.
Zrozpaczony ojciec nie szczędził słów krytyki pod adresem organów ścigania, zarzucając im amatorskie podejście do sprawy. Publicznie obnażał zaniedbania służb: brak przesłuchań kluczowych osób, utratę materiału genetycznego z odzieży dziecka czy zignorowanie ludzkiej kości, którą sam wygrzebał w okolicach dworu w Ujazdowie. „- Na samym początku osoby, które brały udział w poszukiwaniach i prowadziły śledztwo, skupiły się wyłącznie na kwestii utonięcia Mateusza Żukowskiego, pomijając przy tym szereg innych wątków, bądź je marginalizując. Wadliwie zabezpieczono dowody, co wpłynęło na dalszy tok postępowania, oraz przesłuchano świadków tylko w kierunku utonięcia Mateusza” – podsumowywał działania policji adwokat Patryk Czyżkowski.
Zaginięcie 10-letniego Mateusza. Prokuratura w Zamościu sprawdziła wszystkie hipotezy
Przedstawiciele prokuratury stanowczo odpierali pojawiające się oskarżenia o zaniechania, tłumacząc, że weryfikowali wszelkie pojawiające się informacje z należytą starannością. W kwestii wykopanego fragmentu kości wypowiedział się biegły medycyny sądowej. Ekspert jednoznacznie stwierdził, że znalezisko jest pochodzenia zwierzęcego i przeleżało w ziemi od co najmniej trzech dekad. Z tego powodu śledczy całkowicie zrezygnowali z kosztownych badań genetycznych.
W obliczu narastających wątpliwości śledczy z zamojskiej prokuratury zdecydowali się w 2015 roku rozpocząć postępowanie pod kątem ewentualnego pozbawienia życia młodego chłopca. Taki krok podjęto na prośbę reprezentanta prawnego rodziny Żukowskich. Sprawę jednak bardzo szybko zamknięto ze względu na absolutny brak jakichkolwiek poszlak mogących wskazać mordercę lub doprowadzić do ukrytych zwłok. Stwierdzono, że hipoteza o zabójstwie nie ma odpowiedniego poparcia w dowodach. Jednocześnie organy ścigania nigdy kategorycznie nie odrzuciły takiego scenariusza, przyznając otwarcie, że żadna z zakładanych opcji nie została ostatecznie potwierdzona.
„- Były rozmaite wersje śledcze: od nieszczęśliwego wypadku po zabójstwo. Wersje te nie mogą jednak podlegać weryfikacji z uwagi na fakt, że nie odnaleziono kluczowego dowodu, a więc ciała pokrzywdzonego. Postępowanie zostało zatem umorzone wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa” – tłumaczyły organy ścigania. Śledczy do dziś zapewniają o pełnym zaangażowaniu w rozwiązanie tajemniczej zagadki zaginięcia chłopca.
Osoby parające się ezoteryką sugerowały okrutną zbrodnię na tle seksualnym, jednak organy ścigania nie mogły opierać się wyłącznie na wizjach pozbawionych twardych dowodów. W przekazach jasnowidzów przewijał się motyw niezidentyfikowanego mężczyzny, który rzekomo skrzywdził chłopca. Okazało się, że pewien mieszkaniec wioski widział osobę obdarowującą okoliczne dzieci różnymi upominkami. Obdarowani chwalili się prezentami, choć nikt nie potrafił wyjaśnić intencji tajemniczego darczyńcy. Zamojska prokuratura pochyliła się nad tym sygnałem, co poskutkowało zatrzymaniem oraz przesłuchaniem podejrzewanego.
„- Przyznał, że zna rodzinę zaginionego chłopca, która mieszkała po sąsiedzku, kojarzy z widzenia ich dzieci, bo chodziły na ryby przez posesję jego ojca. W czasie zaginięcia Mateusza mężczyzna nie mieszkał już w Ujazdowie, w aktach sprawy brak jest informacji na temat relacji tego świadka z miejscowymi dziećmi” – podsumował ówczesne ustalenia prokurator Bartosz Wójcik.
Dziennikarz Janusz Szostak badał sprawę Mateusza Żukowskiego. Ciało ukryto na budowie?
Zdaniem redaktora Janusza Szostaka luka w informacjach wynikała wyłącznie z opieszałości śledczych, którzy nie przepytali lokalnych mieszkańców na temat wspomnianego mężczyzny. Sam postanowił go wyśledzić i znalazł go w miejscowości oddalonej o setki kilometrów od Ujazdowa. Okazał się nim szanowany pracownik samorządowy z ustabilizowanym życiem prywatnym. Rozmówca spokojnie odpowiadał na pytania, przyznając się do powierzchownej znajomości z zaginionym chłopcem i jego rówieśnikami z sąsiedztwa, kategorycznie zaprzeczając bliższym relacjom. „- Do domu ich nie zapraszałem” – zapewniał w rozmowie z dziennikarzem. Twórca książki „Urwane ślady” odniósł jednak wrażenie, że przesłuchiwany zachowywał się niezwykle sztucznie i zatajał istotne fakty. Po nerwowej wymianie zdań spotkanie dobiegło końca. Pojawiła się również intrygująca teoria, według której zwłoki dziesięciolatka zostały wmurowane w fundamenty znanego budynku w Ujazdowie. Prokuratura zablokowała jednak możliwość wyburzenia obiektu, a temat na zawsze upadł.
„- Najprawdopodobniej mógł to być wypadek, w którym Mateusz stracił życie, a śledztwo mogło zostać skierowane na inny tor. Ktoś mógł podłożyć jego ubrania nad rzeką. Mogła być też taka sytuacja, że doszło do wypadku podczas prowadzonej inwestycji. W bezpośredniej bliskości jest obiekt, gdzie była budowa, młodzi ludzie mogli wejść na jakieś konstrukcje czy rusztowania i stamtąd chłopiec mógł spaść i coś sobie zrobić. Ci ludzie mogli sfingować jego rzekome utonięcie” – wyjaśniał Maciej Rokus, pełniący funkcję szefa Grupy Specjalnej Płetwonurków RP oraz biegłego sądowego w Katowicach.
Ojciec zaginionego chłopca nadal mocno wierzy, że pewnego dnia dowie się, jaki los spotkał jego ukochane dziecko. Regularnie odwiedza rodzinny Ujazdów, pragnąc zapalić symboliczną świeczkę ku pamięci Mateusza, choć wciąż nie zna miejsca jego spoczynku i stawia znicze w losowych punktach. Zdesperowany mężczyzna prężnie działa również w przestrzeni wirtualnej. Publikuje krótkie nagrania na TikToku, gdzie prezentuje specjalistyczną progresję wiekową opracowaną przez śledczych. Fotografia ma pokazywać prawdopodobny wygląd jego syna wiele lat po tragicznym zaginięciu. Choć do tej pory nikt nie odpowiedział na te apele, pan Andrzej nie zamierza się poddawać.
„- Wpadliśmy w potężne długi, z których nie sposób teraz wyjść. Pieniądze pobraliśmy na poszukiwania synka. Teraz nie mamy z czego ich spłacać. Nasz dom został wystawiony na licytację przez komornika. A ja od lat choruję na nadciśnienie i cukrzycę, jestem po dwóch operacjach, odebrano mi rentę” – opowiadał z żalem o swojej tragicznej sytuacji finansowej w rozmowach z dziennikarzami.
Rodzina Andrzeja Żukowskiego legła w gruzach. Zaginięcie dziecka zniszczyło im życie
Zniknięcie dziesięciolatka zapoczątkowało pasmo kolejnych dramatów w życiu rodziny Żukowskich. Przydzielony przez sąd kurator uznał, że ich sytuacja materialna uległa drastycznemu pogorszeniu, co skutkowało odebraniem dwójki dzieci i umieszczeniem ich w placówce opiekuńczej. Pozostałe pociechy trafiły do rodzin zastępczych. „- Straciliśmy Mateuszka i jeszcze trójkę dzieci zaraz nam zabrali. Nikt nie pomaga ludziom w takiej sytuacji jak nasza. Zostawiono nas samych z tą tragedią. Bez żadnej pomocy. Nie mieliśmy nawet żadnego wsparcia psychologa, a powinniśmy. Za to ja dla innych oddałem honorowo 50 litrów krwi i dostałem srebrny krzyż Zasłużony dla Zdrowia Narodu” – skarżył się Andrzej Żukowski w 2019 roku. W tamtym okresie pod dachem państwa Żukowskich została wyłącznie najmłodsza pociecha. Niedługo potem doszło do rozpadu małżeństwa. Matka wyemigrowała z Polski i osiedliła się we Włoszech.
„- Miałem rodzinę i ją straciłem. Obawiam się też, że nigdy nie dowiem się, co spotkało Mateusza” – wyznał z ogromnym smutkiem ojciec zaginionego chłopca. Dorota Czerwińska, dziennikarka programu „Uwaga! TVN” zajmująca się tą sprawą, podkreśla, że mężczyzna poświęcił poszukiwaniom całe swoje życie. „- Wielokrotnie widziałam, że płacze. Szczególnie w takich momentach, kiedy wspomina się Mateusza. Ciągłe poszukiwania, zagadka, gdzie jest ciało, doprowadziły go do takiego stanu, jaki obecnie widzimy. Pan Andrzej jest człowiekiem niezwykle pokrzywdzonym przez los, człowiekiem, który pogubił się w tym świecie. Człowiekiem, który padł ofiarą wielu nieuczciwych osób” – oceniła postawę załamanego ojca.
Z relacji portalu Gazeta.pl wynika, że w najtrudniejszych momentach życia ojciec zaginionego chłopca balansował na granicy skrajnej biedy. Z powodu licznych schorzeń, przebytego zawału i udaru, nie mógł wykonywać żadnej pracy zarobkowej. Jego codzienność była naznaczona potężnym stresem wynikającym z utraty dziecka oraz braku jakichkolwiek informacji o jego losie. W licznych wystąpieniach medialnych mężczyzna prosi jedynie o odrobinę empatii i zrozumienia ze strony społeczeństwa.
Według oficjalnych rejestrów państwowych Mateusz Żukowski nadal figuruje jako osoba zaginiona bez wieści. Każdy, kto posiada chociażby najdrobniejsze informacje mogące pomóc w ustaleniu jego losów, proszony jest o natychmiastowy kontakt z najbliższym komisariatem policji.