Tradycyjna Lubelska Giełda Staroci zawsze przypada na ostatnią niedzielę miesiąca. Podczas edycji 27 września wydarzenie przyciągnęło rzesze wystawców z najdalszych zakątków kraju oraz wielu kupujących. Kluczową rolę odegrała doskonała, jesienna pogoda – termometry wskazywały 18 stopni Celsjusza przy bezchmurnym niebie. Takie warunki wręcz zachęcały do wielogodzinnych poszukiwań, negocjacji cenowych i udanych zakupów.
Handel dawnymi przedmiotami ma w tym mieście bogatą historię, jednak obecna forma comiesięcznego jarmarku funkcjonuje dopiero od czternastu lat. Przez ten czas lokalizacja wydarzenia zmieniała się wielokrotnie. Początkowo stoiska rozstawiano w okolicach Rynku i Bramy Krakowskiej, następnie przeniesiono je na teren przy III LO im. Unii Lubelskiej, a ostatecznie giełda zagościła na stałe na Placu Zamkowym. Oprócz wartościowych i świetnie zachowanych antyków, ogromną część asortymentu stanowią drobiazgi typowe dla tradycyjnego pchlego targu – miejsca nazwanego niegdyś we Francji od wyprzedaży starych, nierzadko zapchlonych ubrań. Na lubelskich stoiskach można było znaleźć tysiące pozornie bezwartościowych przedmiotów. Zniszczony resoraczek typu matchbox bez kół w przepastnym koszu wyceniony został na zaledwie 50 groszy, jednak jego wartość dla kupującego bywa zupełnie inna.
- Sentymentalną - tłumaczy mężczyzna. - Zdziwiłby się pan, jak często przeszukujący te moje szpargały ludzie znajdują coś, co jest dla nich szczególnie drogie. Jakaś lalka, nawet bez ręki, ale identyczna z tą z dzieciństwa, samochodzik właśnie, czy stary telefon z tarczą w nietypowym kolorze, taki jak był kiedyś w domu...
Zainteresowanie wzbudzają również znacznie większe rzeczy. Stary, pozbawiony kół pojazd, w którym dziecko odpychało się nogami, przykuł uwagę wielu przechodniów.
– Mam z takim właśnie zdjęcie, z Kołobrzegu, z 83 roku – opowiadał mąż żonie, zachwycony wiekową zabawką. Obok znajdował się zniszczony stołek lekarski, który po renowacji mógłby odzyskać dawny blask. Kawałek dalej wystawiono poniemieckie łóżko szpitalne, które dla zwykłego przechodnia wyglądało jak złom, ale dla miłośnika militariów z czasów II wojny światowej stanowiło cenne znalezisko. Wiele emocji budziły też pudełka pełne uszkodzonych zegarków, gdzie każdy mechanizm mógł posłużyć jako cenne źródło części zamiennych.
– Każdy towar znajdzie swojego amatora, to kwestia czasu – stwierdził jeden z handlarzy, przyznając jednocześnie, że niekiedy ten czas oczekiwania jest niezwykle długi. – Są graty, które przemierzyły ze mną dziesiątki tysięcy kilometrów. Gdzie one nie były...
Do takich specyficznych obiektów z pewnością zaliczał się stary but narciarski z poprzedniej epoki. Podczas wiosennej edycji na stoisku czekał zaledwie jeden, dość podniszczony i całkowicie przestarzały egzemplarz.